sobota, 9 września 2017

♦szesnasta kropla♦

Wrzesień upływa szybko, nim się orientuję, jest już październik. Dynie w ogrodzie Hagrida pęcznieją, a liście przyjmują jesienne barwy. Uczniowie coraz mniej czasu spędzają na błoniach, zniechęceni przez coraz częstsze ulewy i niskie temperatury.
Życie w Hogwarcie niezmiennie upływa szybciej, niżby się chciało. Praca domowa za pracą domową, w każdy wieczór coś się dzieje, nie ma czasu na odpoczynek. W szczególności ja nie mogę złapać wolnej chwili.
Spotkania Gwardii przynoszą dziką satysfakcję, gdy widzę coraz więcej młodszych Ślizgonów idących śladem Pansy i Malfoya. To już normalne widzieć węza walczącego ramię w ramię z borsukiem. Nie odbywa się bez zgrzytów, wyzwisk i niekontrolowanych pojedynków, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Hogwart się jednoczy. Powoli, maleńkimi kroczkami, cały czas do przodu.
Na lekcjach ze Snape'em wałkujemy dziwne tarcze. Po co komu specjalna tarcza na zaklęcia z żywiołu ognia? Nie można stworzyć jednej, uniwersalnej? Snape spojrzał na mnie jak na robaka, gdy ośmieliłem się wyrazić własne zdanie.
Jest dobrze, jeśli mogę tak to nazwać. W końcu to lekcje ze Snape'em! W niedziele! Dobrze pod tym względem, że naprawdę czegoś się uczę, a z tyłu głowy czasami pojawia się cieniutki głosik, że nie chcę mieć Snape'a za wroga. Z tyloma zaklęciami ofensywnymi i defensywnymi nie mam żadnych szans.
O dziwo zaklęcie niewerbalne stają się coraz łatwiejsze, niestety zaczynają ich wymagać również na zwyczajnych lekcjach. Czy to przy transmutacji królika w cylinder, czy napełnienia kubka wodą – wypowiadanie formułek zaklęć na głos jest kategorycznie zakazane.
Moody z kolei szaleje na punkcie mojej sprawności fizycznej. Przez niego i chorobliwy strach, że potknę się w trakcie bitwy o własne sznurówki, doprowadziły do tego, że codziennie muszę biegać wokół boiska do quidditcha. Ma to też swoje pozytywne strony – Malfoy wie, gdzie mnie szukać rano i często korzysta z tej wiedzy. Czasami po prostu siedzi na trybunach, zrzędząc, że mam słabą kondycję albo namawiając mnie do ściągnięcia koszulki i bokserek przy okazji też. Innym razem biega razem ze mną, co zdarza się niezwykle rzadko.
Nasze relacje – moje i Malfoya – w dalszym ciągu pozostają nieokreślone. Całujemy się, przytulamy, rozmawiamy i wyzywamy, okazyjnie bijemy na korytarzach Hogwartu. Obaj wiemy, że potrzebujemy siebie wzajemnie, ale nie przyznamy tego. Przynajmniej ja nie. Boję się stracić to oparcie, które pozwala przetrwać cały ten chaos.
Właśnie. Chaos. Cholerny Voldemort i jego popierdoleni śmierciożercy.
Ataki zdarzają się praktycznie co tydzień. Bez żadnego ostrzeżenia czy wzorca po prostu zrównuje wioski z ziemi, paląc doszczętnie i grzebiąc trupy w popiołach.
Każdy mugolak w szkole chodzi poddenerwowany i rano rzuca się na Proroka, szukając wiadomości o rodzicach czy mugolskiej rodzinie.
W dodatku niepokój potęgują dziwne zniknięcia ważnych ludzi (lub ich tajemnicze zgony). Żyjemy z klapkami na oczach. Chociaż Knot przyznał się do błędu i powrót Voldemorta jest faktem, to nikt nic z tym nie robi. Zakon Feniksa może tylko werbować członków, szkolić ich i walczyć, jeśli dostaną cynk o ataku szaleńca.
Niezawodnym źródłem jestem ja. Coraz częściej budzę się w środku nocy z krwawiącą i obolałą blizną, by lecieć do Dumbledore'a. Mówię wtedy, że zginął ten i ten, a tamten był torturowany, z kolei ta wioska będzie zaatakowana. Niestety Voldemort rzadko zdradza mi swoje plany w snach, więc Zakon jest zmuszony działać po omacku.
Wzdycham i zerkam na Hermionę, która ze zmarszczonymi brwiami czyta Proroka Wieczornego.
 – Chce coś przez to osiągnąć... – mruczy i upija łyk herbaty.
– Kto i co? – pytam, chociaż znam odpowiedź.
– Vol-voldemort i zniknięcia ministrów czy pracowników ministerstwa. To podejrzane, że znikają tylko ci na wysokich stanowiskach, nie sądzisz?
– Czyli co? Voldemort chce zinfiltrować Ministerstwo?
– Właśnie. – Po chwili dociera do mnie, co powiedziałem, więc krzyczę:
– Co?!
Hermiona wzdycha z politowaniem, lecz zanim zacznie tłumaczyć do stołu Gryffindoru podchodzi pierwszoroczna dziewczynka.
– Harry Potter?
– We własnej osobie – odpowiadam, a dziewczynka rumieni się aż po końce mysich ogonków.
– D-d-dyrektor prosił, by to przekazać. – Podaje mi kawałek zwiniętego pergaminu.
– Dzięki. – Czytam wiadomość, a dziewczynka odchodzi, jeszcze oglądając się przez ramię.
– Uwielbiam jak udają, że mnie nie znają – rzucam do Hermiony, która uśmiecha się jedynie nerwowo.
– Czego chce?
– Spotkać się. Pewnie zaczynam kolejny indywidualny trening. Przekaż Ronowi, że nie zagram z nim już dzisiaj w szachy.
– Jasne – odpowiada i wraca do lektury, a ja wychodzę z Wielkiej Sali, kierując swe kroki do gabinetu dyrektora.
Kamienna chimera posyła mi oczko, gdy odczytuję hasło z wiadomości dyrektora. Wstępuję na kręte schody i po chwili stoję już przed masywnymi drzwiami do gabinetu. Zanim zdążę zapukać rozlega się głos Dumbledore'a:
– Wejdź, Harry.
W okrągłym pomieszczeniu panuje lekki półmrok.  Jedynymi źródłami światła są płonące zielonym ogniem świece; ich blask odbijają metalowe przyrządy i urządzenia pokryte złotem.
Zakrzywiony nos rzuca cień na pomarszczoną twarz dyrektora, który podnosi błyszczące oczy, gdy zatrzymuję się przed biurkiem. Siadam, gdy obdarza mnie smutnym uśmiechem. Splata palce ze sobą na biurku i mówi:
– Cieszę się, że przyszedłeś. Wiesz może – przysuwa do mnie szkatułkę, po czym otwiera zdobione roślinnymi ornamentami wieko – co to jest?
W środku pudełka na jasnej poduszce leży pierścień, który migocze mrocznie i tajemniczo w bladym świetle. Jest zrobiony z jakiegoś szlachetnego metalu; mam wrażenie, że oczko wpatruje się we mnie, jakby pulsuje mroczną magią.
– Przeklęty pierścień? – zgaduję i przyglądam się bliżej. Czarne oczko jest błyszczące i sporych rozmiarów. Przedmiot bardziej wygląda na sygnet niż pierścień – jest masywny i po prostu sprawia wrażenie męskiego. W sporym kawałku metalu wyryte są zawiłe wzory; jedne z takich, w których nie można się połapać, gdzie początek, a gdzie koniec.
– Prawie. – Rozlega się donośny odgłos, gdy Dumbledore zatrzaskuje ciężkie wieko, kryjąc sygnet przed moim wzrokiem. Czuję się, jakbym stracił coś, co dopiero odzyskałem. – To bardzo niebezpieczny i wręcz naszpikowany czarną magią artefakt. Czujesz coś?
Przez chwilę się zastanawiam, zanim odpowiadam, szukając odpowiednich słów:
– Em... czarną magię, tak mi się wydaje. Jest ciężka i myślę... myślę, że chciałaby owinąć się wokół mojego umysłu, wokół mnie. Wibruje, jakby śpiewa i yy... wzywa?
Z twarzy Dumbledore'a znikają ostatnie ślady wesołości czy pogody ducha.
– Tego się właśnie obawiałem – mruczy.
– Ale czego, profesorze? Czy coś nie tak...?
Nie odpowiada mi, tylko wstaje; bordowe szaty szeleszczą. Otwiera wiekową szafę stojącą z mojej prawej strony. Ze środka dobywa się jasne, połyskujące błękitem światło.  Dumbledore odwraca głowę, spoglądając na mnie. Jego wzrok sprawia wrażenie, jakby podjął ważną decyzję, która zaważy o przyszłości świata czarodziejów.
– Podejdź – mówi zachrypniętym z emocji głosem. Przełykam ślinę, obawiając się tego, co tam zastanę. Na miękkich jak z waty nogach podchodzę do starszego czarodzieja i zerkam w miejsce, skąd wydobywa się niebieskie światło.
– Miska? – pytam zdziwiony. Nie powiem, spodziewałem się jakiejś śmiertelnej broni, ostatecznej ostateczności do pokonania Voldemorta.
Kamienna misa jest sporych rozmiarów i nie wygląda na coś niebezpiecznego. W środku pływa mętna, prawie biała woda.
– Nazywa się myśloodsiewnia. – Dumbledore gładzi palcem brzeg, obrysowując wykute w kamieniu wzory. – Służy do przeglądania myśli, wspomnień. Działa zupełnie jak mugolskie kino, z tą różnicą, że pokazuje wspomnienia, nie wymyślone obrazy.
– Jak to możliwe? – pytam zafascynowany i podchodzę bliżej, by przyjrzeć się dokładnie.
– Magia, Harry, może wszystko. Ogranicza cię kreatywność – wzdycha dyrektor. Z półki nad misą zabiera parę świetlistych fiolek. – Te wspomnienia – stuka paznokciem w szklaną ściankę – są niezwykle ważne. Chciałbym, abyś je obejrzał, Harry, a potem porozmawiamy. Przygotuj się, że pójdziesz dzisiaj późno spać.
– Rozumiem – mówię cicho i przestępuję z nogi na nogę. – Co mam zrobić?
– Wlej i zanurz twarz. – Podaje mi pierwszą fiolkę. Z dudniącym sercem oddaję się mętnej wodzie.
Powrót do ciemnego pomieszczenia jest nagły i gwałtowny. Przecieram pięściami zaczerwienione ze zmęczenia oczy.
– Czyli Voldemort jest nieśmiertelny – mówię z przerażeniem.
– Usiądź. – Dumbledore wskazuje krzesło przed biurkiem. – Tylko sądzi, że jest nieśmiertelny.
– Tylko sądzi? Nie rozumiem. – Myśli szaleńczo wirują w mojej głowie.
– Horkruksy nie są niezniszczalne – pada odpowiedź. – To, co powiem ci teraz, jest ściśle tajne. Wiedza ta tylko zagrodzi twoim przyjaciołom. Nie powinni jej znać.
– To moje brzemię – mówię. – Rozumiem, panie profesorze.
– Jad bazyliszka zabija wszystko, nawet czyjąś duszę. I dlatego – przysuwa szkatułkę z pierścieniem na środek biurka – zaraz zniszczymy to.
– Ten pierścień... jest w tym dusza Voldemorta? – pytam z obrzydzeniem.
– Jej część, uściślając.
– To dlaczego... dlaczego mnie wzywa? Śpiewa i szepcze. – Gdy prawda wreszcie do mnie dociera, zaczynam się trząść. – Wtedy... gdy zabił moich rodziców... Jestem jego cholernym horkruksem?!
Zjedzona kolacja podchodzi mi do gardła, przełykam gorzką ślinę. Oddech staje się ciężki  i szaleńczy. Jestem... zagrożeniem?
– Powinienem wtedy umrzeć? – Mój szept przecina ciszę jak naostrzony grot strzały ze świstem pędzącej w stronę odsłoniętej szyi wroga.
– Musisz żyć, aż nie nadejdzie właściwy moment. – Dumbledore patrzy na mnie z bólem. Nie wiem dlaczego, ale denerwuję mnie to. – Zniszczyć wszystkie horkruksy, a na końcu samego siebie.
– Autodestrukcja... Mam się poświęcić? – pytam z drżeniem w głosie. Myślałem, że jestem gotowy na śmierć, ale gdy uderza we mnie jej realność, nagle tracę nią zainteresowanie.
– Uratować czarodziejski świat...
– ...zabijając siebie – kończę. – Boję się śmierci – przyznaję się cicho.
– Nie oczekuję od ciebie niczego innego. To trudne, wiem, ale proszę cię, abyś to przemyślał. To jedyny sposób.
Desperacja w głosie Dumbledore'a paraliżuje mnie na chwilę. Wzdycham. Powinienem pogodzić się ze swoim losem... prawda? Ci, którzy próbowali z nim walczyć, marnie kończyli. Taki Edyp na przykład. Nie da się uniknąć Fatum. Jak wiele warte jest moje życie w porównaniu z całą czarodziejską społecznością?
Nie powinienem być samolubny, egoistyczny. Powinienem myśleć o innych, o tych niezliczonych niewinnych istnieniach. Tutaj chodzi o całą Anglię, jeśli nie świat. Wojna wymaga ofiar, a jeśli ja mam zmniejszyć ich ilość, to dlaczego nie? Tylko dlaczego obejmują mnie ramiona strachu? Dlaczego nie potrafię przyzwyczaić się do tej myśli?
Harry Potter nie żyje.
To brzmi tak prosto, a zarazem tak piekielnie trudno.
– Ja... nie wiem, panie profesorze. Jeśli będzie taka konieczność...
– Na razie nie myśl o tym.
Łatwo powiedzieć. Wbijam wzrok w szkatułkę, szukając odpowiedzi w misternych wzorkach. Umrzeć czy żyć?
– Czy on o tym wie? – pytam, gdy tylko ta myśl uderza we mnie całym niebezpieczeństwem, które ze sobą niesie.
– Śmiem optymistycznie twierdzić, że nie. Dlatego tak ważne jest, aby Tom nie poznał przepowiedni. Naznaczy jako równego sobie. Innymi słowy – odda część mocy, by się zrównały.
– Czyli nie jestem potomkiem Slytherina – śmieję się. Cicho i bez cienia radości w głosie.
– Nie. Po prostu posiadasz w sobie duszę Voldemorta, a wraz z nią parę przydatnych umiejętności.
– I dlatego mogę czuć jego emocje, widzieć, co robi?
– Właśnie dlatego. Mam nadzieję, że lekcje okulmencji idą lepiej niż w ubiegłym roku?
– Zdecydowanie.
Dumbledore tylko uśmiecha się blado i wyciąga z gabloty miecz Gryffindora. Klejnoty na rękojeści błyszczą się, odbijając zielone światło. Jakby Salazar i Godryk połączyli siły.
– Ten miecz – wręcz mi go do dłoni – jest zrobiony ze stali goblinów. Wchłania to, co go wzmocni. Wbiłeś go w gardziel bazyliszka, a więc teraz jest nasiąknięty jego jadem. Jedno delikatne zetkniecie z horkruksem... i dusza Voldemorta zginie.
– Mam to zrobić? – pytam pełen wątpliwości, przypatrując się jak dyrektor otwiera wieko szkatułki.
– Tak.
– Ale teraz?
– Za chwilkę. Już raz to zrobiłeś, pamiętasz? Pamiętnik Toma Riddle'a?
Obrazy uderzają we mnie, gdy przypominam sobie drugi rok. Przełykam ślinę, czując gulę w gardle.
– Tak, pamiętam. Panie profesorze?
– Tak? – Kieruje iskrzący wzrok na mnie.
– Ile ich może być? Horkrusków znaczy.
– To pozostaje zagadką.
– To skąd będziemy wiedzieć, że to już koniec?
– Voldemort nam o tym sam powie. – Dumbledore robi dwa kroki w tył i spogląda na mnie. – Możesz już zniszczyć.
Mocniej zaciskam śliskie ręce na złotej rękojeści. Serce dudni w klatce piersiowej, jakby chciało uciec i nie być świadkiem tego zdarzenia. Coś w mojej głowie szepcze, bym tego nie robił. Nie będzie już powrotu. To deklaracja, Harry. Deklaracja samobójstwa.
Pokonuję wszystkie sprzeczne uczucia i dźgam metalową część pierścienia czubkiem miecza. Na początku nic się nie dzieje, a potem moje palce stają się przerażająco zimne. Upuszczam miecz Godryka, który spada na posadzkę z metalicznym dźwiękiem.
Pierścień jest pożerany przez lód, czernieje i pęka, aż w końcu pozostaje tylko czarny kamień.
– I to tyle?
– Już po wszystkim – potwierdza Dumbledore i z ostrożnością dotyka błyszczącego kamienia. Zamyka go w dłoni.
– Czyli co teraz? – Czuję się wykończony. Jest mi zimno, drżę z nadmiaru emocji, a oczy pieką.
– Teraz udasz się na spoczynek. Z pewnością jesteś zmęczony – odpowiada. – Wezwę cię jeszcze, Harry.

Następnego dnia wyglądam jak trup. Dosłownie. Cienie pod zaczerwienionymi oczami, usta zakrwawione od ciągłego ich podgryzania w nerwowym tiku, a w środku czuję się pusty. Wczorajsza burza emocji opadał – teraz towarzyszy mi jedynie strach.
Ziewam, otwierając usta najszerzej jak potrafię, gdy wraz z Ronem i Hermioną wychodzę z klasy transmutacji.
– Jeeeny – jęczy Ron. – Dwie lekcje pod rząd ze Snape'em. Za jakie grzechy?
– Spisałeś od Harry'ego zadanie z zaklęć – odpowiada Hermiona.
– I tylko dlatego mam cierpieć tortury ze Starym Nietoperzem? – Ron wbija w dziewczynę niedowierzający wzrok.
– Harry. – Hermiona kładzie rękę na moim ramieniu. – Wszystko w porządku?
– Koszmary – odpowiadam tylko, od razu czując wyrzuty sumienia wielkie jak Mur Chiński. To dziwne mieć sekrety przed nimi. Ten rok jest nowością pod tym względem. Najpierw Malfoy, a teraz ta cała sprawa z horkruksami, o której nie wiem, co myśleć. Hermiona na pewno by coś mi doradziła, gdyby wiedziała. A nie wie. I nie może się dowiedzieć. Żadne z nich. Jak to szło? Moje własne brzemię, które dźwigam samodzielnie. Uratuję tych ludzi.
Hermiona kiwa głową, uznając moje usprawiedliwienie za wiarygodne.
– Myślicie, że Snape będzie robił problemy, jeśli moje wypracowanie jest o cal dłuższe niż prosił? Magiczne tarcze to tak pasjonujący temat, że...
Wyłączam się z rozmowy i skupiam na myślach przez co wpadam na jakiegoś siódmorocznego Puchona, mamroczę przeprosiny i doganiam przyjaciół.
Lekcja to istne piekło. Ale czego innego spodziewać się po Snape'ie?
Po lunchu wychodzimy na wietrzny dziedziniec, zmierzając do szklarni na dwugodzinne zielarstwo. Z nami idzie Neville paplający radośnie o paprotkach. Ron coś mu odpowiada, a ja wbijam wzrok w Malfoya, który stoi przy jeziorze wraz z Crabbem i Goylem. Wiatr zawiewa ich zielone krawaty do tyłu. Gdy Malfoy na mnie spogląda, mówi coś do goryli  i ruszają w naszą stronę.
Widzę jego pytający wzrok odnośnie mojego wyglądu. Wzruszam ramionami, na co marszczy brwi wyraźnie wkurzony.
– Bliznowaty! Kupę lat! – Rozpościera szeroko ręce, jakby chciał mnie przytulić. Uśmiecha się i kontynuuje:
– Wiewiór! Widzę, że wreszcie twoje włosy gdzieś pasują. – Ron czerwieni się i rzuca okiem na jesienne liście.
– Odezwał się – mruczy pod nosem.
– Mówiłeś coś Weasley? – Malfoy nachyla się i przykłada rękę do ucha, udając, że chce go lepiej usłyszeć.
– Przynajmniej mam naturalne włosy! – krzyczy Ron.
No to pięknie, Ron. Wpakowałeś nas w wielkie gówno. Teraz się nie odczepi, a za dziesięć minut lekcja...
Malfoyowi różowieją policzki i z całej siły zaciska wargi.
– Chodźmy na zielarstwo – próbuje ratować sytuację Hermiona. – Pani Sprout nie będzie zadowolona jeśli wszyscy się spóźnimy.
Jej wzrok rzuca błyskawice skierowane w stronę Rona.
– Powtórz to Weasley, a obiecuję, że nie dożyjesz tego cholernego zielarstwa.
– To ty zacząłeś!
– Czy wy macie po pięć lat? – prycha Hermiona. W duszy jej dziękuję. – Ron! – krzyczy, gdy widzi, że ten otwiera usta, by znowu coś powiedzieć. – Idziemy. Na. Lekcję.
– Będziesz się słuchał szlamy?
Wzdycham ciężko i rzucam w Malfoya klątwą. Wie, że nie lubię jak nazywa tak Hermionę. To głupia segregacja, która przyprawia mnie o zgrzytanie zębów i gotującą się ze wściekłości krew.
Idiota uchyla się przed promieniem i wyciąga własną różdżkę. Nie zdąża rzucić zaklęcia, bo rzucam się na niego niczym futbolowy zawodnik i powalam go na ziemię. Obaj upadamy na stertę kolorowych liści. On na plecach, ja na nim. Moja pięść zupełnym przypadkiem wbija się w jego brzuch, co Malfoy odczytuje jako atak, więc wbija mi łokieć w bok.
– Ała! – wrzeszczę bardziej ze złości niż bólu i uderzam go pięścią w twarz. Trochę za słabo jak na mój gust.
– Potter! Malfoy! – krzyczy profesor Sprout. – Co wy wyprawiacie! Już! Koniec tarzania się po trawie!
Schodzę z Malfoya i otrzepuję szatę z liści. Malfoy podnosi się z prychnięciem i wbija we mnie nienawistny wzrok. Pewnie nie rozumie powodu mojego ataku.
– Obaj macie dzisiaj szlaban! I minus dziesięć punktów dla domu każdego z was!
– Ale to on zaczął, pani profesor! – próbuje się bronić Malfoy. Crabb i Goyle kiwają głowami.
– Nie obchodzi mnie to! Co za dziecinne zachowanie... doprawdy! Szósta klasa... Zapraszam na lekcję, panie Potter. A panu Malfoyowi radzę odwiedzić Skrzydło Szpitalne.
– Jeszcze się policzymy – straszy Malfoy, gdy mnie mija.
– Nie mogę się doczekać – odpowiadam i ruszam w stronę szklarni z Hermioną dającą wykład, a raczej pierwszy z serii wykładów o przykładnym zachowaniu.
♦♦♦
– Za co to było? – pyta Malfoy wieczorem, gdy przesadzamy czyrakobulwy cali oblepieni błotem i śmierdzący potem. 
– Obraziłeś Hermionę – odpowiadam, kopiąc dół. 
– I? – Malfoy wzrusza ramionami. – Zawsze to robię.
– Najwyższy czas, abyś przestał.
– Nie przeproszę jej – burczy pod nosem. Dlaczego aż tak zależy mu na przebaczeniu?
– Nie oczekuję cudów, Malfoy. Po prostu nie nazywaj jej tak. 
Kiwa niechętnie głową i siada opierając się o szybę. Naprawdę, tylko ja przykładam się do naszego szlabanu.
– Ale Weasleya mogę przedrzeźniać, nie?
– Jeśli chcesz wylądować w Skrzydle Szpitalnym to proszę bardzo. – Wystawiam mu język i biorę do ręki parę sadzonek.  – Weź się do roboty. 
Niechętnie wlewa wodę do dołków i wsadza w nie młode rośliny. 
– Obrzydliwe – jęczy.
– To tylko ziemia.
– Brudna ziemia, Potter. 
Przez chwilę pracujemy w przyjemnej ciszy zakłócanej odgłosami pracy. 
– Coś się stało?
Podnoszę wzrok, słysząc niepewne pytanie Malfoya. Wpatruje się we mnie ze zmartwieniem i marszczy brwi.
– Nie. A coś miało?
– Wyglądasz na przemęczonego – odpowiada.
– Bo jestem – odpowiadam cicho. – Spokojnie nic mi nie dolega. – Zmuszam się do wygięcia warg w górę. 
– Nie wierzę ci.
– Nie musisz się o mnie martwić, naprawdę. Wszystko jest w porządku.
– To skąd te wory pod oczami?
– Nie mogłem spać. – Coraz ciężej jest mi go okłamywać i unikać konkretnej odpowiedzi.
– Bo myślałeś o mnie? – pyta, nachylając się. Ciepły oddech owiewa moje spękane usta pełne strupów.
– Skąd wiedziałeś? – odpowiadam pytaniem na pytanie. 
– Stąd – mruczy i całuje mnie. 
Obaj wiemy, że skłamałem, ale wolimy cieszyć się spokojnym pocałunkiem o smaku ziemi i krwi niż robić sobie wyrzuty. Nie jest dane nam tyle czasu, by móc się kłócić i to ja zdaję sobie z tego najbardziej sprawę.
♦♦♦
Ostatnio, gdy tylko myślę o tej opowiastce, robię się nostalgiczna, że w sumie nie chcę jej kończyć, opuszczać...
Powoli robi się poważnie, jak możecie zauważyć. Trochę inaczej prowadzę historię, żebyście nie musieli czytać tego samego x razy ^.^
Do soboty, kochani!

2 komentarze:

  1. Krótki komentarz + wybacz, że dopiero teraz.
    Coraz ładniej piszesz, akcja się toczy, tylko nie pasuje mi Drops.
    Nie lubię tego dziada, ale u ciebie chociaż przyznał otwarcie jakie ma zamiary.
    Jedyny pozytyw...
    No i to w sumie tyle.
    Trzymaj się ciepło i nie poddawaj!
    Twoi bohaterowie już zawsze będą z tobą :D ;)
    Pozdro~! =]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet taki krótki komentarz niezmiernie mnie cieszy!
      Pozdrawiam :D

      Usuń

Szablon wykonany przez Eveline Dee z Panda Graphics