sobota, 12 sierpnia 2017

♦trzynasta kropla♦

– Potter! Nie istnieje bardziej ignorancki człowiek od ciebie! Jeśli mówię niewerbalnie, to masz nie wypowiadać nazwy zaklęcia! Czy to takie trudne?
– Tak – mamroczę, poprawiając dziwne rękawiczki na dłoniach, które dał mi Snape. Mają niby stanowić podparcie dla różdżki, żeby nie ślizgała się w spoconej ręce.
Ćwiczymy w specjalnej sali, którą załatwił dyrektor dla moich treningów, już od dwóch godzin. Rezultaty są zerowe, a nawet minusowe, bo jak zauważył Snape, cofam się w rozwoju. Boli mnie głowa od skupiania się na dziwnych zaklęciach, których próbuje mnie nauczyć Stary Nietoperz.
Evanescetos! – myślę, celując w kość jakiegoś ptaka. Nowe zaklęcia są dziwne i dość mroczne. Na przykład Evanescetos powoduje, że znika kość, na którą wskazuje się różdżką. Mortem Fumus tworzy trujący gaz, który wnika do nosa, uszy i oczodołów człowieka, którego trafi zaklęcie. I wiele, wiele gorszych i bardziej przerażających.
– Teraz Frisan. Zamroź tę krew w szklance.
Celuję, myślę słowa zaklęcia i nic się dzieje. Szklanka ze zwierzęcą krew pozostaje niezmieniona, płyn nawet nie drgnie.
– Źle! Źle, Potter! Znowu źle! O czym ty myślisz?! Bo na pewno nie o przeżyciu!
– Myślę o tym, żeby poprawnie wykonać zaklęcie.
– Jesteś na poziomie pierwszorocznego, Potter? – Wzdycha ciężko i siada na czarnym fotelu. – To zaklęcia z pogranicza czarnej i białej magii. Nie są zakazane przez Ministerstwo, ale nie są też przyjemne w skutkach. Większość z nich nie została stworzona dla człowieka, ale zadziwiająco dobrze go zabija. Dlatego skup się na magii, nie na obowiązku. Po prostu czaruj. Mam cię uczyć podstaw?
Wzdycham ciężko i skupiam się. Czubek różdżki wskazuję na szklankę. Znowu nic. Snape podchodzi do mnie z gniewną miną. W przypływie paniki myślę formułę zaklęcia. Snape pada na ziemię.
O. Mój. Boże.
Zaklęcie zamroziło mu krew. Jak to odkręcić? Patrzę z przerażeniem na niezdolnego do ruchu profesora, którego oczy ciskają błyskawice.
– E...li...k...sir – mówi z przerwami, siląc się na każdy oddech. Jego twarz jest przerażająco blada. Drącymi dłońmi otwieram małą buteleczkę z napisem Frisan i wlewam parę kropel do ust profesora.
– Przepraszam! – mówię, gdy tylko Snape wstaje i sprawdza wszystkie swoje kończyny. Nie odpowiada na moje przeprosiny jedynie mrozi mnie wzrokiem. Jeżeli kiedyś ośmieliłem się twierdzić, że ten człowiek mnie nienawidzi, byłem młodym i niedoświadczonym przez życie gówniarzem. Teraz dopiero widzę, co to znaczy doświadczyć czystej furii profesora.
– Przepraszam – powtarzam ciszej. – Ja naprawdę... Ja nie chciałem.
– Chciałeś, nie będziesz mi wmawiał kłamstwa prosto w twarz, Potter. Minus dwadzieścia punktów od Gryffindoru! A teraz... – robi niebezpieczną pauzę, podczas której spogląda na mnie jak na nic nieznaczącego śmiecia – pozwól, że nauczę cię czegoś, korzystając z tej... okazji. Żeby rzucić jakiekolwiek zaklęcie musisz tego chcieć. W niektórych wola wymagana jest bardziej w innych mniej. Jako przykład weźmy klątwę Cruciatus, której rzucenie wymaga nienawiści do konkretnej osoby. Z kolei, by rzucić Obliviate, musisz jedynie chcieć wymazać pamięć. Ale chcesz to zrobić, dlatego zaklęcie działa poprawnie.
Dlatego też masz takie problemy z nowymi, niewerbalnymi zaklęciami. Nawet pomińmy niewypowiadanie formuły. Potter, ty po prostu nie chcesz się ich nauczyć, tak samo jak nie chciałeś nauczyć się okulmencji, do której przejdziemy w następnym miesiącu. Stworzyłeś barierę i nie nauczyć się tego, choćbym nie wiadomo jak dobrze cię uczył.
Mam ochotę powiedzieć coś o tym, że do dobrego uczenia brakuje mu stuleci praktyk i nauki, ale trzymam język za zębami, nie chcąc pogorszyć sytuacji.
– Przemyśl swoje karygodne błędy i spróbuj jeszcze raz. – Snape stęka cicho i siada na czarnym fotelu, odchylając głowę. – Frisan. Niewerbalnie.
Celuję koniec różdżki w czerwony płyn i myślę, myślę i uporczywie myślę, że chcę, aby się zamroziła, jednocześnie wznosząc różdżkę ku górze i dołowi. Nic się nie dzieje.
Próbuję jeszcze raz. I kolejny. W końcu sfrustrowany wypowiadam po cichu formułę, robię różdżką odpowiedni ruch, a krew zastyga, Dzieje się to naprawdę powoli. Płyn najpierw zastyga, gęstnieje, zmienia w ciało stałe, aż wreszcie na szkle pojawia się szron.
Spoglądam wyczekująco na Snape'a.
– Myślisz, że nie słyszałem twojego szeptu? Obudziłby słonia, Potter. Śmiem mniemać, że mam dobry słuch. Nic nie poradzę na twoją niechęć do współpracy. Dyrektor kazał cie nauczyć, nie precyzował sposobu w jaki mam tego dokonać. Silencio!
Patrzę z wyrzutem na profesora i staram się cokolwiek powiedzieć, ale z moich ust wydobywa się jedynie gorące powietrze. Jak on mógł?! No jak?! Czy to jest wychowawcze, humanitarne albo chociaż normalne?
A czegoś ty się spodziewał po takim bydlaku jak Snape? Opuszczam ramiona z rezygnacją, rzucam w stronę profesora nieprzyjazne spojrzenie i wracam do zamrażanie krwi.
– Teraz spróbuj Evanescetos. I minus pięć punktów dla Gryffindoru za bezczelność.
Wykończony po morderczej lekcji ledwo dowlekam się do pokoju wspólnego. Padam zmęczony na kanapę i marzę o spotkaniu z Draco. Chcę położyć głowę na jego kolanach i zasypiać kołysany jego narzekaniem na ignorancje świata zewnętrznego.
Układam się wygodniej i poprawiam niewygodną poduszkę. Z ust wydobywa się ciężkie westchnienie.
– Harry! – woła Hermiona. Zabiera moje nogi i siada na tej samej sofie co ja. Patrzę na nią z oburzeniem. Jak mogła? Ignoruje to całkowicie i tylko pyta:
– Jak trening z profesorem? Czego się nauczyłeś?
– Że Silencio skutecznie pomaga w nauce niewerbalnych zaklęć. – Przekręcam się na brzuch i kładę głowę pod poduszkę. Buty spadają na ziemię, a bose nogi lądują na kolanach Hermony. – I że po czterech godzinach z tym szaleńcem człowiek na ochotę się ukamienować, by już nigdy go nie zobaczyć, nie spotkać, nie rozmawiać, nie myśleć o nim!
– Nie mogło być aż tak źle – próbuje pocieszyć mnie Hermiona. Drobna dłoń wędruje wzdłuż mojej łydki. To miłe uczucie, ale jestem wkurzony, więc mówię, żeby przestała. Zabiera rękę jak poparzona, a ja żałuję ostrego tonu. W tym dość niezręcznym momencie ze schodów do dormitorium schodzi Ron, ziewając szeroko.
– Nie łudź się, Harry. Będzie tylko gorzej. – Rudzielec siada na fotelu obok i posyła mi szeroki uśmiech. Prycham na niego.
– Naprawdę umiesz pocieszyć przyjaciela. – Mój głos zagłusza poduszka przyciśnięta do ust.
– Więc czego się nauczyłeś? – pyta z entuzjazmem Hermiona.
– Jak już mówiłem – podnoszę się i siadam po turecku – w miarę łapię rzucanie niewerbalnym zaklęć. Z większością już mi to wychodzi.
– To naprawdę trudne. Jak nauczyłeś się tego tak szybko? – Czy ja słyszę nutkę zazdrości w jej głosie?
– Osiągnąłem swój limit frustracji. – Wzdycham, gdy widzę ich twarze. Nie zrozumieli,  nie dali spokoju, chcą wiedzieć więcej. Siadam wygodniej i przeciągam się. – Nie mogłem się nauczyć rzucać jakiegokolwiek zaklęcie niewerbalnie. W końcu się wkurzyłem, tak jakby go przekląłem, powiedziałem formułę zaklęcia szeptem, a potem on rzucił na mnie Silencio. A gdy nie możesz mówić, naprawdę szybko łapiesz jak rzucać zaklęcia bez wypowiadania formułki.
– Żartujesz sobie z nas – mówi Ron, nachylając się w moją stronę.
– Profesor Snape uciekł się do tak żałosnych metod?! – Hermiona wykrzywia z oburzenia krzaczaste brwi. – Ale wszystko w porządku? – dodaje ze zmartwieniem. Uśmiecham się zażenowany jej troską.
– Przecież to zaklęcie nie wyrządza szkody. To po prostu było... frustrujące i upokarzające, i wkurzające, okropne, wkurwiające, zawstydzające i...
– Rozumiemy, stary – ucisza mnie Ron. Nabieram powietrza w usta i wypuszczam je powoli.
– Na rozluźnienie proponuję wyznaczyć gwiazdozbiory z astronomii oraz napisać wypracowanie z transmutacji i zaklęć.
Hermina wstaje i przywołuje potrzebne książki. Moje i Rona też. Wielkie tomiszcza z hukiem spadają na dywan. Hermiona siada, otwierając podręcznik do zaklęć na kolanach i zaprasza nas gestem, byśmy dołączyli.
Z  miną męczenników zwlekamy się z Ronem i bierzemy za wypracowania, eseje i inne bezwartościowe bzdury.
– Transmutacja ludzka – mruczę pod nosem. – Gdzie znajdę formułę zaklęcia zmieniającego kolor skóry?
– Strona pięćdziesiąta trzecia – mówi Hermiona automatycznie, nie dorywając wzroku od pergaminu, na którym skrobie wypracowanie o Zaklęciu Kameleona.
– Ma to jakieś skutki uboczne? – pyta Ron.
– Tylko jeśli będziesz zmieniał kolor zbyt często – tłumaczę. – Wydaje mi się, że maksimum to dwa razy dziennie.
– Jeśli zmienisz z kolidujących ze sobą kolorów na przykład  z czarnego na biały, wyskoczą ci krosty wokół ust – dodaje Hermiona. – O specyfice i leczeniu jest na stronie sześćdziesiątej – uprzedza nasze pytanie.
– Dzięki! – odpowiadamy chórem, co wywołuje u Hermiony lekki uśmiech.
♦♦♦
W poniedziałek jestem spóźniony, więc nie mam czasu na śniadanie. Od razu biegnę na wieżę, gdzie Trewlony ma salę wróżbiarstwa. Wdrapuję się po drabince i chyłkiem przemykam między stolikami, by usiąść obok śpiącego Rona.
– Nie dało się ciebie obudzić – mówi na swoje usprawiedliwienie i wraca do spania. Wyciągam podręcznik, pióro i kałamarz, ale to tylko dla pozoru, bo zamierzam iść za przykładem przyjaciela. Wczoraj do późna rozmawiałem jeszcze z Nevillem o jakichś dziwnych roślinach, co było nawet ciekawe i zapomniałem o śnie i o tym, że wcześnie rano mam wróżbiarstwo.
– Harry Potterze, mój biedny, biedny chłopcze.
Podrywam głowę ze stolika okrytego miękkim obrusem i patrzę spod przymrużonych powiek na profesor.
– Co..? Kiedy umrę? – Słyszę przytłumiony śmiech kolegów z klasy. – Wie pani, muszę się odpowiednio przygotować.
Ron parska, ale próbuje zamaskować to kaszlem, co wygląda komicznie.
– Widzę, mój kochany, że twoje wewnętrzne oko wreszcie daje oznaki życia! Jakaż szkoda, iż stać się musi to tak późno. Nie nacieszysz się tym wspaniałym darem zbyt długo, niestety. Och, biedny i straszny jest los ludzki! – Wznosi ręce do góry i zanosi się przesadnym szlochem. Patrivi i Lavender szepczą między sobą konspiracyjnie i spoglądają na mnie spod grzywek. Czy one naprawdę myślą, że tego nie słyszę ani nie widzę?
– To jaka śmierć czeka mnie tym razem, pani profesor? – pytam zmęczony.
– Straszna – odpowiada bez mrugnięcia okiem. – Straszliwa i bolesna, która dotyka nie tylko ciała, ale i ducha.Widzę... bitwę! Tak, straszliwą i krwawą bitwę! Krew rozświetlana jest przez mknące zaklęcia! Bronisz się ostatkiem sił... Masz dziwną broń! Rzucasz przeciwnikowi proszkiem w twarz, uciekasz. Zabija cię zaklęcie prosto w plecy. Och, cóż za haniebna śmierć! – kończy dramatycznie i pociąga nosem, jakby było jej mnie żal.
Otumaniony głupotą tej kobiety przykładam policzek do stolika i przysięgam sobie, że zabiję się w najbliższym czasie, aby spełnić jej marzenia.
Trewlony rozprawia coś o znakach zodiaku, a my z Ronem gramy w karty przysłonięci czerwonym obrusem.
Dzwonek jest wybawieniem. Zbieram rzeczy do torby i schodzę do lochów, narzekając na głupotę Trewlony.
– Może ona po prostu potrzebuje męża? – pyta Ron, gdy siadamy pod wejściem do sali.
– Raczej terapii wstrząsowej.
Widząc wzrok Rona, zaczynam mu tłumaczyć mugolskie sposoby leczenia chorób psychicznych.
– Potter.
Podnoszę wzrok w ułamku sekundy, gdy tylko słyszę ten władczy ton, który może należeć jedynie do Malfoya. Ubrany jest w szkolną szatę, włosy ułożone jeszcze bardziej idealnie niż zazwyczaj.
– Yo, Malfoy! Przyszedłeś się wywyższać, nie mając czym? – Unoszę brew, a na policzkach Malfoya pojawia się lekki róż. Ron nawet nie próbuje tłumić donośnego śmiechu.
– Uważaj, Potter.
– Na co? – parskam. – Dzisiaj już mi przepowiedziano tragiczną śmierć, nie psuj mojego dobrego humoru i idź się pieprzyć.
Malfoy prycha oburzony, ale w zasięgu wzroku pojawia się Rawdon.
– Jeszcze się policzymy, Potter.
– Nie wątpię.
Rawdon wchodzi do klasy, choć jeszcze nie było dzwonka, pewnie szykuje dla nas coś wybuchowego.
– Czego chciał Malfoy? – pyta Hermiona, która właśnie przyszła z lekcji numerologii i siada koło Rona. Macha jeszcze odchodzącemu Erykowi.
– Pochwalić się bogatym ojcem, ale mu nie wyszło – odpowiada zadowolony Ron. Hermiona marszczy brwi.
– Wasza relacja, twoja Harry i Malfoya, wydaje się być inna w tym roku.
– Tak myślisz? – pytam przerażony jej spostrzegawczością. – Nie sądzę, żebyśmy się kochali.
– Nie o to mi chodzi. Po prostu wasze przytyki słowne wydają się być... miłe, znaczy w innym tego słowa znaczeniu. Wydajecie się wyzywać dla zabawy.
– Czy ty słyszysz siebie? – odzywa się Ron. – Przecież to niedorzeczne!
– No ale sam zobacz...
– Przecież oni nienawidzą się od pierwszej klasy! Jak mogliby się zacząć dogadywać i przyjacielsko sobie dogryzać?
– No właśnie – mówię, samemu się nad tym głowiąc. Jak to możliwe, że dogaduję się z tym egoistycznym człowiekiem?
– Chodźmy na lekcję – kończy spór Hermiona. Otrzepuje spódnicę i podąża za uczniami do klasy eliksirów.
– Kolorowe wybuchy! – krzyczy entuzjastycznie Sharleen Rawdon, gdy tylko wszyscy uczniowie sadowią się w ławkach.
– Instrukcje są na tablicy.  W ramach eksperymentów każdy z was użyje innej rośliny, aby zmienić kolor dymu. Spróbujcie przewidzieć kolor na podstawie właściwości rośliny! Kto wydedukuje poprawnie, dostanie pięćdziesiąt punktów dla swojego domu! – W klasie rozlegają się szmery podekscytowania. Hermiona zakasa rękawy i wiąże włosy w luźną kitkę. Jest śmiertelnie poważna w tym, co robi.
– Pamiętajcie – Rawdon unosi palec do góry – że w połączeniu z niektórymi składnikami specyficzne właściwości mogą zniknąć! W grę wchodzi też wysoka temperatura, nie zapominajcie jak bardzo zmienia nam roślinki! Nieville powinien o tym wiedzieć, prawda? – Mruga okiem do speszonego Gryfona, który rumieni się.
Lubię tę stronę Rawdon, co innego jej kompletny brak przestrzegania zasad BHP. Mam dziwne wrażenie, że sporo z nas trafi dzisiaj do Skrzydła Szpitalnego.
– Nie zapominajcie o ochronnych okularach! – Nauczycielka zakłada swoje na nos i poprawia kucyk, by niepożądane włosy nie wpadały do kociołków, gdy będzie sprawdzać wywary uczniów.
Sprawdzam kartkę na ławce. Roszponka. Co ona robiła? Kartkuję podręcznik do zielarstwa. Jest głównym składnikiem eliksiru na porost włosów, zawiera dużo witaminy C i A, oczyszcza organizm, więc stosuje się ją w eliksirach wymuszających wymioty. Może żółty? W końcu witamina C to cytryna. Przyglądam się okrągłym, jasnozielonym liściom. Żółty.
Zapisuję domniemany kolor dymu i zabieram się za przyrządzanie wywaru. Już po półgodzinie słychać wybuch. Wszystkie głowy jak jeden mąż odwracają się w stronę Neville'a, którego twarz obsypana jest różowym proszkiem.
– Longbottom, ja rozumiem, że musisz wyrobić swoją normę, ale stawiaj ten cholerny kociołek z dala ode mnie! To cuchnie! – Malfoy marszczy nos, a Ślizgoni wybuchają gromkim śmiechem.
Chcę się odezwać, ale uprzedza mnie profesor Rawdon, która z entuzjazmem podchodzi do kociołka Neville'a i klaska w ręce.
– Wspaniale! Oto właśnie chodziło! Jaki kolor przewidziałeś?
– Różowy, bo dębik ośmiopłatkowy... Po pierwsze należy do rodziny różowatych, a po drugie w połączeniu z wrzątkiem i rozpuszczonym w nim pazurze niuchacza łodyga sama zabarwia się na różowo i wywar też.
– Dumo moja! Pięćdziesiąt punktów dla Gryffindoru!
Cała klasa stoi osłupiała, ale potem Gryfoni zaczynają klaskać w akompaniamencie zgrzytania zębów Ślizgonów. Neville się rumieni i z dumą spogląda na bulgoczący wywar, z kolei Hermiona szybko tnie swoje skrzeloziele. Gdy tylko to robi wywar wybucha na turkusowo, ale nie tylko jej. Nagle kociołki w klasie wybuchają różnymi kolorami, barwiąc ubrania i twarze. Nie chcąc pozostać w tyle wrzucam roszponkę i eliksir wybucha zielonym dymem.
– Wyglądasz jak Ślizgon – komentuje Ron, gdy zmierzamy w stronę Wielkiej Sali. Widzę Malfoya, który parska pod nosem, uśmiecha się do mnie krzywo i odchodzi ze swoimi gorylami.
– W dalszym ciągu lepiej od ciebie – odgryzam się, za co dostaję kuksańca w bok. – Pamiętaj, musimy opracować strategię na dzisiejszy trening i przyszły mecz ze Ślizgonami.
– Nie tylko Ślizgonami, przecież dwa tygodnie potem gramy z Puchonami, a jeszcze Krukoni zostają.
Po lekcjach drużyna Gryffindoru zbiera się na boisku. Gracze stoją w równym rzędzie, a ja przechadzam się przed nimi, tłumacząc strategię.
– Najpierw musimy poznać wasze dokładne umiejętności i to jak ze sobą współpracujecie. Ginny, Demelza, Katie i Fion! Podzielcie się na dwa zespoły – Ginny z Katie, a Demelza z Fionem, spróbujemy czy to zadziała... Spróbujcie strzelić sobie wzajemnie gola. Lily zapraszam do obręczy! – Dziewczyna kiwa poważnie głową i z determinacją godną pozazdroszczenia unosi się na wysokość bramek. – Tylko uwaga! Gracie na połowie boiska, więc przypominam, żeby wyjść za linię z piłką! Inaczej strzelacie sobie samobója!
Drużyny zgodnie przytakują, więc rzucam im kafla. Już po chwili widzę, jak doświadczenie Katie świetnie współgra z talentem Ginny. Z kolei Demelza i Fion wręcz czytają sobie w myślach odnośnie podań.
– Edward i Edmund! Wypuszczam łuczki. Żaden nie może trafić graczy, zrozumiano?
– Tak jest! – odpowiadają zgodnie.
Przyglądam się w powietrzu, jak kafel przepływa między graczami. Lily zalicza piękną obronę. Ginny chciała ją zmylić, ale Lily w ostatnim momencie to podłapała i popędziła ile sił w stronę lewej obręcz, choć była przy prawej. Odbiła piłkę koniuszkiem palca, ale to wystarczyło. Łapie ją Fion i podaje do Demelzy ustawionej na linii.
Po tej krótkiej obserwacji już wiem, że Demelza i Fion są wyważeni i działają według planu, z kolei Katie i Ginny stawiają na szybkość i agresywność. Ze Ślizgonami lepiej jednak być szybkim i skutecznym, jednocześnie nie gubiąc głowy.
Edward i Edmund radzą sobie całkiem nieźle, chociaż czasami tracą z oczu tłuczek, który potem znajduje się niebezpiecznie blisko zawodników.
– Okej! Zmiana! Dziewczyny kontra Fion i ja! Próbujcie nas ominąć, jakbyśmy byli Ślizgonami!
Wznoszę się do Fiona.
– Przeszkadzaj, ile się da! – Przybijamy sobie piątkę.
– Dalej dziewczyny! – krzyczy Katie. – Pokażmy kapitanowi, kto tu jest lepszy!
– Lily, bronisz! – przypominam.
– Pamiętam jeszcze, kapitanie! – odkrzykuje ze śmiechem.
Po skończonym treningu, wychodzę ostatni z szatni. Zmęczenie odbiera mi siły z kończyn, które są ciężkie i trudno nimi poruszać. Ale za to uśmiech nie schodzi z moich ust.
– Nawdychałeś się czegoś, Potter? – Malfoy zeskakuje z trybun i idzie w moją stronę.
– Zmiażdżymy was.
– Chciałbyś.
– A ty czego chcesz?
– Pogadać.
Siadamy na trybunach ukryci przez mrok i spędzamy dwie godziny rozmawiając i śmiejąc się. Zerkam w gwieździste niebo i myślę, że dla takiego życia warto żyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon wykonany przez Eveline Dee z Panda Graphics