sobota, 15 lipca 2017

♦dziewiąta kropla♦

– Opowiedz mi wszystko na spokojnie, Harry – mówi Dumbledore, gdy jesteśmy w jego gabinecie. Biorę głęboki wdech i opowiadam, jak najzwięźlej i najjaśniej potrafię.
– Jesteś pewien? – pyta Dumbledore, przypatrując się uważnie mojej twarzy.
– Jak najbardziej, panie profesorze. To nie może być podpucha Voldemorta, on po prostu wyglądał na zbyt łaknącego zemsty, by to mogła być fałszywa wizja.
– Rozumiem. Fineasie, wiesz, co robić. Tylko szybko! Faweks zawiadom Severusa, proszę.
Drzwi otwierają się, a do gabinetu szybkim krokiem wchodzi Snape.
– Jednak nie będzie to konieczne. – Dumbledore skrobie coś na pergaminie, by potem dać to feniksowi. – Dla Korneliusza, Faweks. Jak najszybciej potrafisz.
Feniks znika w płomieniach, a głos zabiera Snape.
– Więc już wiesz? – Mam wrażenie, jakby znienawidzony profesor cierpiał. Pot spływa z jego ziemistej skóry na skroni, a poplamione i zżółknięte dłonie drżą lekko.
– Harry miał wizję. Zdążyłem już zawiadomić kogo trzeba.
Snape wygląda, jakby chciał coś powiedzieć, ale patrzy na mnie krzywo i tylko burczy coś pod wielkim nosem. Odpowiadam mu buntowniczym spojrzeniem, co sprawia, że już otwiera usta, ale potem zamyka.
– Miłej nocy, panie Potter – mówi jedynie, a ja mam ochotę go walnąć i złamać wielki nos Naczelnego Postrachu Hogwartu.
– I wzajemnie! – odpowiadam, siłą powstrzymując się, by nie wrzasnąć obraźliwej uwagi, której pożałowałbym zaraz po wypowiedzeniu.
Drzwi trzaskają donośnie, a ja rozluźniam spięte mięśnie. Zawsze w obecności tego człowieka jestem przygotowany, by walczyć na śmierć i życie.
– Możesz wracać do łóżka, Harry. Wypełniłeś swój obowiązek. – Dumbledore stoi przy oknie i gładzi powoli swoją srebrzystą brodę.
– Nie ma mowy! – krzyczę. – I tak nie zasnę, więc równie dobrze mogę iść walczyć – dodaję już spokojniejszym tonem.
– Jesteś pewny? – Odnoszę dziwne wrażenie, że Dumbledore chce, abym walczył, abym się uczył i zdobywał doświadczenie, by wygrać tę wojnę. Czuję gulę w gardle, gdy sobie to uświadamiam, ale chcę walczyć. Znienawidzę siebie, jeśli ktoś z Zakonu zginie, a ja będę siedział w bezpiecznym Hogwarcie, nie robiąc nic, by pomóc walczącym.
– Tak, jestem pewny – mówię hardo.
– Niech więc będzie – zgadza się szybko, jakby bał się mojego wycofania z decyzji. – Możesz skorzystać z kominka w moich prywatnych kwaterach i przenieść się na Grimmauld Place.
W byłym domu Syriusza uderza we mnie zapach staroci. Przełykam ślinę; nie chcę tutaj przebywać, więc jak najszybciej schodzę na dół, gdzie w kuchni trwa przygotowywanie do bitwy.
– Harry! – krzyczy Fred. – Jesteś w drużynie ze mną i Georgem!
Uśmiecham się do bliźniaków i podchodzę do nich, by przysłuchiwać się jak rozprawiają o jakichś wybuchowych proszkach. Molly Weasley szykuje tony kanapek, część kuchni, gdzie pracuje błyszczy czystością (w przeciwieństwie do reszty domu), Moody sprawdza wszystkim różdżki i upomina, aby nie nosić ich w tylnej kieszeni spodni. Tonks próbuje się uspokoić robiąc głębokie i teatralnie wyglądające wdechy i wydechy, a jakiś nieznajomy mi młody czarodziej, próbuję żartami podnieść wszystkich na duchu. Ma błyszczące zielone oczy, a całe jego ciało pokrywają tatuaże i czarne skóry.
– Pracujemy nad nowym wynalazkiem – zdradza mi Geaorge kątem ust.
– Jak wiadomo wojna matką wynalazców* – szczerzy się Fred i dostaje kuksańca od brata.
– Co takiego planujecie?
– A to? – Fred wskazuje na kolorowe woreczki z proszkiem. – Mała niespodzianka dla uroczych śmierciożerców.
– Wyraz naszej miłości do nich.
– Nie chodziło mi o to, ale o ten wielki projekt – tłumaczę.
– Nie ma czasu, opowiemy ci potem – mówi George, pakując woreczki do plecaków.
– Harry. – Czuję ciężką rękę na ramieniu. Gdy się odwracam, napotykam ciepłe oczy profesora Lupina i szczery uśmiech.
– Panie profesorze! – odpowiadam z uśmiechem. Ten człowiek tyle dla mnie zrobił i zawsze wysłuchuje moich problemów, nigdy się nie skarżąc, że nie potrafię go nie lubić. Po prostu niemożliwe. – Pan też walczy?
– Ktoś musi. – Nie da się nie zauważyć cieni pod oczami byłego profesora, ani zmarszczek, szarej cery czy zwiększonej ilości siwych włosów. Nienawidzę niesprawiedliwości życia, gdy najlepszym ludziom na świecie powodzi się najgorzej.
– Czyli dom Syriusza jest już bezpieczny? – pytam, przypominając sobie, co mówił Pan Weasley jak byłem w Norze.
– Tak, profesor Dumbledore wszystko dokładnie sprawdził.
– Żaden śmierciożerca nie będzie podglądał cię pod prysznicem, Harry! – rzuca Fred. Rozpoznaję ich tylko po tonie głosu. Fred zawsze obraca wszystko w żart, gdy George zachowuje powagę (jak na niego oczywiście) w trudnych sytuacjach.
– Pakuj szybciej, Fred, musimy uprzykrzyć życie jak największej liczbie śmierciożerców.
– Rozkaz, bracie!
– Przykro mi, że nie mogłeś być na odczytaniu testamentu Syriusza – zaczyna Remus. – Ale kwatera była bardzo potrzebna Zakonowi i Dumbledore nie mógł czekać, aż się obudzisz. Mam nadzieję, że wszystko już w porządku. Jesteś pewny, że możesz brać udział w walce?
– Dziękuję, że się tak pan o mnie martwi, profesorze, ale nic mi nie jest. Wyspałem się za wsze czasy – próbuję zażartować. – Nie zamierzam dać się zabić.
Lupin garnie mnie do uścisku i szepcze do ucha:
– I tak trzymać, Harry. Ważne, aby przeżyć. Za wszelką cenę.
Jeszcze ściska moje ramię dla dodania otuchy i zostawia mnie oszołomionego.
– Ziemia do Harry'ego! – Fred macha mi ręką przed twarzą.
– Prosimy zachować przytomność przynajmniej do rozpoczęcia walki – dodaje George.
W odpowiedzi przerywa mi Dumbledore, który wchodzi do kuchni. Nie siada na proponowanym przez tatę Rona krześle, tylko od razu zaczyna przemawiać.
– Jak wiecie Lord Voldemort planuje atak na Bristol. Naszym zadaniem  jest obserwowanie kilku ważniejszych punktów tego miasta, jak dworzec czy Clifton Suspension Bridge. Każda grupa dostanie odpowiednie wytyczne i świstoklik. – Przerywa na chwilę i wzdycha ciężko. – Aurorzy będą mogli do nas dołączyć dopiero, gdy atak będzie pewny, więc my, jako Zakon Feniksa, musimy wytrzymać dziesięć minut, walcząc ze śmierciożercami samodzielnie. Wsparcie na pewno będzie, dostałem sowę potwierdzającą od Ministra Magii.
George odbiera zużytą paczkę papierosów i spogląda na nią ze wstrętem.
– Nie mamy szczęścia do świstoklików.
– Nie marudź, tylko łap, zostało niecałe dziesięć sekund – ponagla brata Fred.
Gdy tylko łapię paczkę papierosów, czuję znajome szarpnięcie w okolicach pępka i zaraz potem jestem na dachu gotyckiego kościoła.
– Będziemy mieć dobry widok – mówi George i sadowi się na zdobionej barierce. Obok nas wznosi się wysoka wieża kościoła, a przed mały trawnik. Po drugiej stronie ulicy jakiś czerwony, oświetlony budynek i parking z paroma srebrnymi i zielonymi autami. Zaraz obok małe rondo jasne z powodu świateł przejeżdżających samochodów.
– Czwarta nad ranem, a mugolskie miasto tętni życiem. – Fred w przeciwieństwie do brata nie siada na barierce, tylko na ziemi, opierając się o ścianę. Idę za jego przykładem i wpatruję się w brudne, angielskie niebo przysłonięte ciężkimi chmurami.
– Będzie padać – mówię.
– To Anglia – wzdycha George – oczywiście, że będzie padać.
Siedzimy w ciszy, aż George nie schodzi z barierki. Przez chwilę grzebie w plecaku, a potem wręcza mi szary woreczek. Gdy go otwieram, przytrzymuje moją rękę.
– Nie dotykaj.
– Zrobi buum! – śmieje się Fred.
– Co to tak dokładnie?
– Trochę specyficznych ziół i przede wszystkim proch z rogu buchorożca z dodatkiem tej mazi i trochę rogu jednorożca, dla złagodzenie efektu.
– A i tak wybucha całkiem ładnie.
– W sekrecie możemy ci zdradzić, że nasz nowy wynalazek będzie to wykorzystywał.
– To będzie pas z niezbędnym wyposażeniem na bitwy. Wiesz, kieszonka na różdżkę opatrzona specjalnymi zaklęciami, by nie wybuchnęła samoistnie.
– Szalonooki to pokocha – mówi Fred.
– Wiesz, będzie parę eliksirów leczniczych i nasz magiczny proszek, który nie ma jeszcze nazwy.
– Myślimy też nad Peruwiańskim Proszkiem Natychmiastowej Ciemności.
– I nad wieloma innymi rzeczami.
– Ciężko być geniuszem – wzdycha Fred.
– Ano – przytakuje George. – Co o tym myślisz, Harry?
– Gdyby to wypaliło, śmierciożercy nie mieliby szans.
Zanim któryś z bliźniaków zdąży mi odpowiedzieć, pojawia się patronus w kształcie wiewiórki i przemawia nieznanym mi głosem.
– Atak na Queen Square. Macie zostać na pozycjach.
Moje serce przyspiesza, gdy tylko słyszę pierwsze słowo. Atak, atak, atak. Śmierciożercy wreszcie zaatakowali.
– Do kogo należy ten patronus?
– Do przyjaciela Billa, jak mu tam było, Fred?
– Chyba Joshua. Joshua Soane. – Fred wstaje i przygląda się miastu. – Nie rozumiem, dlaczego mamy zostać na stanowiskach. Która godzina?
– Chyba coś około siódmej, ludzie schodzą się na mszę – mówię, wyglądając przez barierkę.
– Sami starsi – mruczy pod nosem George. – No nic, musimy być czujni.
– Stała czujność!
Fred nawet nie skończył zdania, a w kościele St Mary Redcliffe rozlega się głuchy huk. Odgłos teleportacji zmieszany z krzykami ludzi.
George łapie mnie za rękę i teleportuje do środka, a Fred w tym czasie wzywa posiłki.
Rozglądam się po dużym pomieszczeniu. Dominującą barwą jest zdecydowanie biały i brązowy, jeśli patrzeć na ściany. Biorąc pod uwagę ludzi – zdecydowanie czarny. Dwie głowy odwracają się w momencie naszej teleportacji, więc ogłuszam jednego. Uderzają w niego dwa promienie zaklęć, George też wybrał jego na swojego przeciwnika. Szybko rzucam kolejne zaklęcie, gdy w tym czasie George zajmuje się dwójką nowych.
Próbuję się rozejrzeć w poszukiwaniu mugoli, ale jestem zmuszony odpierać ataki. Co chwila wyczarowuję tarczę, nie mam szans na jakikolwiek atak.
– Kryj się! – krzyczy George i rzuca w grupkę śmierciożerców proszkiem. Otwieram usta, by od hałasu nie popękały mi bębenki w uszach i, korzystając z zamieszania, atakuję oszołomionych wybuchem śmierciożerców.
George w tym czasie rzuca kolejną garść proszku, paląc i rozrywając śmierciożerców na kawałeczki. Za trzecim razem już się nie udaje, bo poplecznicy Voldemorta wyczarowują tarczę i zamiast nich proszek z rogu buchorożca rozsadza kolumnę podtrzymującą sklepienie.
Uskakuję w bok, nie mam szans, by zobaczyć co z bliźniakiem. Muszę się bronić; gardło robi się zachrypnięte od ciągłego wykrzykiwania zaklęć.
Jestem cały w kurzu i z niepokojem zerkam na sufit. Błagam, nie rozwal się. Kątem oka zauważam uciekających cywili, no to teraz cała uwaga śmierciożerców skupi się na mnie.
Kolejny wybuch, kolejne krzyki i trzask zbiorowej teleportacji. Odwracam się z nadzieją, że to Zakon albo aurorzy, ale to, co widzę, sprawia, że mam ochotę położyć się na ziemię i poddać się. Jeszcze więcej czarnym płaszczy i trupich masek.
W kościele jest tylko jeden korytarz pomiędzy dwoma rzędami ławek. Z czego na jednym takim rzędzie spoczywa kolumna rozwalona na kawałeczki, pod nią połamane drewno.
Atakuje mnie dwóch śmierciożerców, nie nadążam i jakaś klątwa uderza mnie w policzek. Och, cholera, naprawdę użyli na mnie Zaklęcia Żądlącego? Czuję, jak puchnie mi twarz, jak swędzi i pulsuje.
Krzyczę ze złości i trafiam każdego z nich Klątwą Uśmiercającą, czując ponurą satysfakcję z zemsty.
Nie mam czasu odetchnąć, muszę uchylić się przed fioletowym promieniem, potem uskakuję przed zielonym. Niefortunnie potykam się o gruz i spadam na posadzkę. Kolejny zagłuszający myśli huk; George nie próżnuje.
Podnoszę się najszybciej jak potrafię, ale dostaję klątwą. Oszołomiony bólem Cruciatusa widzę ludzi, którzy nie są w czerni. Kiedy przybył Zakon?
Adrenalina ponownie buzuje w mojej krwi, gdy rzucam trzy zaklęcia pod rząd, trafiając niestety tylko dwóch śmierciożerców. Trzeci zamachuje się i wysadza posadzkę tuż przede mną. Odłamki kamieni trafiają w moje nogi, a ja nie chcę myśleć, co by się stało, gdyby to zaklęcie trafiło mnie. Przełykam ślinę i chcę rzucić zaklęcie, ale zostaję rozbrojony, a moja różdżka spoczywa w dłoni wroga. 
No to się wkopałem. 
Zielony promień pędzi prosto we mnie, ale padam na ziemię, ocierając boleśnie brzuch. Wstaję jak najszybciej potrafię i rzucam się do ucieczki. Kolejne zaklęcie mija moją głowę, przypalając lekko włosy. 
Drętwota! – słyszę głos Lupina, który oszałamia mojego przeciwnika. Wyszarpuje moją różdżkę z bezwładnej dłoni przeciwnika. – To chyba twoje. 
– Dzięki – mówię i zaraz po tym ogłuszam przeciwnika za plecami byłego profesora. Rozlega się kolejny huk, a ja dostaję Cruciatusem. Tym razem słabszym, ale i tak przez chwilę leżę na zimnej, kamiennej podłodze, próbując znaleźć siłę, by wstać. 
– Dalej, Harry! – krzyczy Tonks, petryfikując śmierciożercę, który mnie trafił. – Walcz lub giń! 
Tonks potyka się o rozwiązane sznurowadło, ale szybko odzyskuje równowagę i wymachuje różdżką jak szalona, śląc różnobarwne zaklęcia w postacie w maskach. 
Trzask teleportacji. Przybywają aurorzy. 
– Wreszcie ruszyli tyłki – komentuje Tonks i mruga do mnie. Walczą z Lupinem opierając się o siebie plecami. 
Z nową werwą obezwładniam paru przeciwników i oddalam się od Tonks i Lupina. Gdy tylko tracę ich z oczu, zabijam trzech śmierciożerców, a potem jeszcze dwóch. 
Co jakiś czas słyszę wybuchy nowego wynalazku bliźniaków. Ołtarz jest całkowicie zdewastowany, tak samo większość ławek.
Nagle pęka okno, kolorowe szkło sypie się na walczących. Na szczęście w porę zasłaniam się Zaklęciem Tarczy. Co za idiota celuje zaklęciami w okna? Chcą rozwalić ten kościół?
Rzucam się z okrzykiem na śmierciożerców.
Drętwota! Drętwota! Avada Kedavra! Drętwota!
Niedługo potem walka jest skończona. Siedzę na krętych schodach prowadzących do anglikańskiego kościoła i chowam głowę między kolanami, ze wszystkich sił próbując nie zwymiotować. 
Kręci mi się w głowie, a w uszach dzwoni od hałasu. Teraz panuje błoga cisza zagłuszana jedynie trąbieniem samochodów i odgłosami codziennego życia. Zjeżdżają się karetki i radiowozy. 
– Chodź, Harry – mówi George. – Wracasz do Skrzydła Szpitalnego. 
Nie mam sił się z nim spierać, więc posłusznie podaję mu rękę i teleportuje mnie na Grimmauld Place, skąd przez kominek dostaję się prosto do szkolnego szpitala. Pani Pomfrey o mało nie załamuje rąk na mój widok, ale obrażenia nie są takie znowu poważne. Dużo stłuczeń, ale to można wyleczyć dotknięciem różdżki. Pielęgniarka wlewa mi do ust parę eliksirów, wśród nich musi być Eliksir Słodkiego Snu, bo momentalnie zasypiam. 


* Fred parafrazuje tutaj powiedzenie, że potrzeba jest matką wynalazków. Myślę, że jego słowa są aż nazbyt prawdziwe i w pewien sposób łączą się z potrzebą. Potrzebą, by zabijać więcej i szybciej.

♦♦♦
Przy tym rozdziale miałam naprawdę frajdę. Zrobiłam nawet wywiad (postęp, ludzie, idźmy z postępem!), korzystając z mapek i mam nadzieję, że Bristol wyszedł realistycznie :P
Cieszę się, że coś na tym blogu zaczyna się dziać i budzicie się do życia! Oby tak dalej ^^
Do tej kropelki mam jeszcze dodatek o... *fanfary proszę* – Tonks! Jest króciutki, ale myślę, że przypadnie do gustu. Opublikuję go w najprawdopodobniej w środę.
Jak przypadła Wam do gustu druga już bitwa? Lepsza czy gorsza od pierwszej? Tę na pewno pisało się z przyjemnością i uciechą. Mogę Wam dokładnie wskazać, gdzie siedzieli na kościele :D
Do zobaczenia za tydzień!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon wykonany przez Eveline Dee z Panda Graphics