sobota, 19 sierpnia 2017

♦czternasta kropla♦

Wtorkowa kolacja upływa w przyjemnej atmosferze, dopóki Hermiona nie dorywa się do Proroka Wieczornego i nie blednie. Przestajemy z Ronem obmawiać strategię na zbliżający się mecz ze Ślizgonami i wpatrujemy się w Hermionę zaniepokojeni.
– Co się stało? – pyta Ron po przełknięciu jedzenia.
– Wczoraj mroczny znak pojawił się nad trzema domami na przedmieściach Londynu. Nie żyje dziewięć osób... – Ramiona Hermiony trzęsą się, a jej palce gniotą gazetę.
– Twoi rodzice są bezpieczni – próbuję ją uspokoić.
– Na razie są – jej głos jest cichy i drżący – ale co będzie jutro?
– Jutro zabiję tego skurwysyna, proste.
– Harry! – mówi z nutą śmiechu w głosie. – Język.
– Nie przystoi wybawicielowi świata – dodaje Ron. – Coś jeszcze piszą?
– Zobaczmy... – Hermiona przegląda kartki i pobieżnie czyta. – Jakichś dwóch pracowników Departamentu Tajemnic nie daje znaku życia, a Juliette Stonehearth postuluje o zachowanie ostrożności w tych niebezpiecznych czasach... Jest też oświadczenie Knota,  że w zaistniałej sytuacji zrzeka się stanowiska Ministra Magii.
– Kiedy Wizengamot będzie głosował? – pyta Ron.
– W listopadzie. – Hermiona przerzuca parę kartek.
– Tylko Wizengamot głosuje? A społeczeństwo? – dziwię się. – U czarodziejów nie ma demokracji?
– Ależ jest – Hermiona odrywa wzrok od gazety i spogląda na mnie. – Tylko że pośrednia.
– To jest jakaś inna demokracja od tej zwykłej?
– Demo... Co? – Nie za bardzo rozumie Ron.
– To z greki, oznacza władzę ludu... Och, co ja wam będę tłumaczyć! Po prostu, Harry, Ministra Magii wybierają członkowie Wizengamotu, którzy przedstawiają wolę ludu. W sumie – zastanawia się Hermiona – w świecie czarodziejów to bardziej oligarchia... No bo w Wizengamocie są tylko przedstawiciele najważniejszych rodów, nie Ron?
– Zwykli czarodzieje też, jakaś tam chyba część miejsc jest przeznaczona dla senatorów z wyboru –  niepewnie mówi Ron.
Boli mnie głowa od tej polityki, więc jak najszybciej wstaję od stołu, wymigując się treningiem z Szalonookim, bo rzeczywiście jeszcze trochę, a byłbym spóźniony.
Klasa, do której wchodzę jest ogromna, z pewnością została powiększona za pomocą magii. Jasne, białe ściany w kolorowe kropki i podłoga wyłożona czarnymi matami wyglądają co najmniej dziwnie.
– Potter. – Moody stoi przy wielkiej tablicy, opierając obie ręce na drewnianej lasce. Wzdrygam się wewnętrznie na widok jasnoniebieskiego oka, które jest skierowane wprost na mnie.
– Dzień dobry, panie profesorze.
– Nie jestem profesorem, Potter! – grzmi.
– Tak jest, sir! – Mam wielką ochotę zasalutować, ale nie robię tego w obawie, że byłoby to nieodpowiednie.
– Na razie siadaj. – Wskazuje palcem bez paznokcia na maty przed sobą. Niepewnie krzyżuję nogi i opieram ręce na kolanach. – Potrzebujesz trochę wiedzy praktycznej. Radzę uważać, bo usłyszysz to tylko raz. Nie mam zamiaru się powtarzać, zrozumiano?
– Zrozumiałem.
Zaintrygowany spoglądam na tablicę. Pojawia się na niej wykres, którego poszczególne części połączone są ze sobą strzałkami.
– Żeby przeżyć w bitwie potrzebujesz paru niezbędnych umiejętności. Po pierwsze: refleks! Musisz odpowiedzieć zaklęciem na zaklęciem równie szybko co przeciwnik! Po drugie: sprawność fizyczna! Biegaj i unikaj zaklęć! Nie polegaj tylko na magii, bo przeciwnik może okazać się silniejszy. Po trzecie: wiedza. Ten punkt realizuje profesor Snape, ale wiedz, że musisz znać jak najwięcej zaklęć, najlepiej tych mało popularnych. Wtedy przeciwnik nie będzie znał kontrzaklęcia i go masz. To samo działa  w twoim przypadku! Będziemy się uczyć wszystkich tarcz i przeciwzaklęć! Po czwarte i najważniejsze: stała czujność! Musisz orientować się w bitwie! Wiedzieć, gdzie rozlokowani są przeciwnicy, a gdzie sojusznicy! Rozumiesz, Potter?
– Rozumiem.
– To teraz przejdźmy do sprawdzianu. – Moja mina musi odzwierciedlać moje rozczarowanie, bo kącik ust Szalonookiego unosi się lekko do góry.
– Ile pompek jesteś w stanie zrobić?
♦♦♦
W środę jest trening quidditcha. Zarumieniona Lily jak lwica broni trzech obręczy. Jest naprawdę świetna. Potrafi narazić swoje zdrowie, by tylko złapać piłkę. Jest to dość niebezpieczne, ale co nie jest w tym sporcie?
Ścigający ćwiczą pętle, slalom i omijanie znienacka wyskakujących przeszkód, którymi są bracia Bradley.
– Edmund! – wydziera się Ginny tuż po tym, jak o mało nie uderzyła głową w jego miotłę. – Ale ty też trochę uważaj! Idioto! – dodaje na potwierdzenie swych słów i chwyta kafel podany przez Katie. Chłopak uśmiecha się zawadiacko i zakręca miotłę, by po chwili pojawić się przed Fionem.
– Woah! – krzyczy Mores i w ostatniej chwili nurkuje, zatrzymując się tuż przed ziemią. – Było blisko... – mamrocze i poprawia wsuwkę podtrzymującą mu grzywkę.
– Dobra, wypuszczam tłuczki! Wiecie, co robić! – Otwieram drewnianą skrzynkę i odczepiam zabezpieczenia czarnych piłek, które wzbijają się w powietrze, gdy tylko je uwalniam.
Tuż przede mną przelatuje Katie, mierzwiąc mi włosy.
– Ej!
– Weź się do roboty wreszcie! – Uchyla się przed pędzącym tłuczkiem, którego po chwili odbija Edward w stronę Ginny trzymającej kafel jak największy skarb.
– Rozkazujesz kapitanowi? Muszę was pilnować.
– Musisz złapać znicza! – odkrzykuje i pędzi w stronę Demelzy. Podają sobie piłkę i rzut Demelzy punktuje. Lily wykrzywia się niezadowolona.
– Następnym razem nie pójdzie wam tak łatwo! – odgraża się ze śmiechem.
– Gram z wami! – krzyczę i uwalniam znicza. Złota piłeczka przed chwilę zawisa przed moimi oczami. Delikatne skrzydełka najpierw machają powoli, a potem coraz szybciej, aż znicz ucieka przed moim wzrokiem.
Wsiadam na Błyskawicę i odpycham nogami od ziemi. Powiew powietrza otula całego mnie. Jest to tak przyjemne i znajome uczucie, że mam ochotę krzyczeć z radości. Ograniczam się do szerokiego uśmiechu.
– Pilnuj statystyk! – krzyczę do Rona, gdy zawisam już na swojej pozycji na boisku. Rudzielec kiwa głową i zapisuje coś na pergaminie.
Rozglądam się za zniczem, wokół mnie migają rozmyte plamy barw. Fion uśmiecha się do mnie i zgrabnie mija, przyjmując piłkę od Ginny.
Słyszę świst pędzącego tłuczka, więc uchylam się. Czuję jedynie szybki powiew powietrza pozostawiony przez piłkę.
Wzbijam się bardziej w górę. Mrużę oczy od słońca i próbuję dostrzec złoty błysk. Jest! Szybki slalom pomiędzy Katie a Fionem i znicz już trzepocze delikatnie w mojej dłoni.
– Koniec na dzisiaj! Byliście świetni! – mówię jeszcze w powietrzu, po czym ląduję.
– Skopiemy im tyłki! – mówi radośnie Ginny. Brat gromi ją wzrokiem. – No co? – pyta się niewinnie.
– Gdyby matka to słyszała...
– Ale nie słyszy. – Wystawia Ronowi język i ucieka do szatni.
♦♦♦
W czwartek lekcje przebiegają spokojnie, bez większych incydentów. Na zaklęciach ćwiczymy Aquamenti, co kończy się mokrymi ale wesołymi ludźmi. Hagrid pokazuje nam kolejne dziwne stworzenia, a na z profesor McGonagall ponownie ćwiczymy ludzką transmutację. Niewerbalnie, żeby było zabawniej.
– Nic mi się nie chce – jęczę, padając na kanapę w pokoju wspólnym. – Wreszcie czwartek. Zero zajęć dodatkowych czy szkoleń.
– Masz ochotę na Eksplodującego Durnia?
– O każdej porze dnia i nocy – odpowiadam Ronowi i szczerzymy się do siebie.
– Żadnych bzdurnych gier! – mówi Hermiona. Z hukiem kładzie książki na stoliku. – Nie możemy mieć zaległości.
– Zlituj się, błagam...
– No Hermiono...!
– Nie ma mowy! – Podwija rękawy, a ja przełykam ślinę. – Nie mogłabym sobie wybaczyć, gdybyście nie zrobili lekcji na czas. Wstawaj, Harry! Esej z eliksirów sam się nie napisze! Ron, łapy precz od czekoladek i opisz swój znak zodiaku na wróżbiarstwo.
Z jękami i protestami zabieramy się do ciężkiej pracy.
Zapada zmrok, gdy stawiam ostatnią kropkę i przeciągam się z uczuciem wolności.
– Wreszcie koniec!
– Jeszcze jedno zdanie, a odpadłby mi nadgarstek – narzeka Ron.
– Nie było tak strasznie, prawda? – pyta zadowolona Hermiona, która jeszcze sprawdza błędy w swoim eseju. Ja boję się czytać tego, co napisałem. Nie przeżyję uświadomienia sobie własnej głupoty.
– Było! – odkrzykujemy z Ronem. Hermiona spogląda na nas z uśmiechem.
– Widziałam dzisiaj Tonks.
– W szkole? – dziwię się.
– Przecież od początku roku aurorzy pilnują szkoły. Niewidoczni i ukryci. Myślałeś, że Moody specjalnie przybywa do szkoły, aby cię uczyć?
– No... – Nie mam ochoty przyznawać się do własnej głupoty. – To co z Tonks?
– Była dziwnie radosna – mówi Hermiona. – Myślicie, że wydarzyło się coś pozytywnego? I o co chodzi ze sznurówkami? Coś o nich wspominała – zamyśla się.
– Może wynaleziono zaklęcie, które sprawia, że nie trzeba ich wiązać – mówię ze śmiechem. – W Bristolu o mało nie upadła, bo miała rozwiązane.
– Cała Tonks – podsumowuje Ron. Zabieram poduszkę z fotela i opieram się o nią. – Chcecie żabę? – Ron podsuwa mi pod nos pudełko, które przyjmuję. Hermiona też kusi się na słodkości. Reszta wieczoru upływa na jedzeniu czekolady i teoriach spiskowych dotyczących Tonks, zbliżającego się meczu ze Ślizgonami i czy Snape jest uczulony na środki czystości.
♦♦♦
Piątkowy wieczór jest stresujący. Pierwsze zebranie Gwardii Dumbledore'a od piątej klasy. Pokój życzeń mieni się lustrami, a ja potrafię czuć tylko palące uczucie w środku, że coś się nie uda. Ugh, co za debil wymyślił tremę?
Mój wzrok ponownie wędruje do ogłoszenia, którego Hermiona zachowała kopie. Czy ktokolwiek przyjdzie?
– Harry! Liczymy na owocną współpracę! – mówi Dean Thomas. Za nim podąża Seamus Finngian i Neville.
– Cieszę się, że wpadłeś Neville. – Może nie będzie tak źle? Oczy Longbottoma świecą się, a on sam wygląda na zafascynowanego i podekscytowanego.
– Uwielbiam GD – mówi. – Jesteśmy jak rodzina.
Te słowa wzruszają mnie, więc nic nie mówię, nie chcę, aby głos mi się załamał pod koniec wypowiedzi. Uśmiecham się tylko szeroko i witam grupę Puchonów, którzy będą tutaj pierwszy raz.
Eryk Tudor wypatruje Hermionę, gdy tylko przestępuje próg pokoju i zabawia ją rozmową. Hermiona z podekscytowaniem pokazuje mu księgozbiór Gwardii.
Sprawdzam czas – jeszcze trochę pozostało do umówionej godziny, a już robi się niewielki tłum. Ginny macha do mnie z drugiego końca sali, gdzie siedzi na poduszkach z Demelzą i Luną.
Można wyczuć różnicę między nowicjuszami, a uczniami, którzy uczęszczali na zajęcia w tamtym roku. Nowi są niepewni i rozglądają się z niepokojem, zbici w grupkach z własnych domów. Uświadamiam sobie przerażający fakt – widzę plamy kolorów. Krukoni stoją z Krukonami  i rozmawiają ze sobą, Puchoni też siedzą w kącie, niepewnie zerkając w moją stronę. Nawet Gryfoni wolą przebywać wśród czerwonych krawatów.  Ślizgonów nie ma. Od kiedy to w Hogwarcie tak źle się dzieje? Nie powinnyśmy byli zjednoczyć się przed wspólnym wrogiem?
Z niepokojem obserwuję brak międzydomowych interakcji. Oczywiście są wyjątki, ale przeważające stereotypy i segregacja mnie przytłacza.
Ale dzięki GD zamierzam to zmienić. W końcu nawet Puchoni potrafią być odważni, a Ślizgoni wrażliwi. W końcu przydział definiuje dominującą cechę, a nie jak sądzą niektórzy, jedyną. Ambicja nie wyklucza współczucia, a lojalność odwagi.
– Chyba powinniśmy już zaczynać, nie? – Odwracam się do Hermiony, która znikąd pojawia się obok mnie.
– Tak myślisz? – pytam niepewnie. – Liczyłem, że ktoś jeszcze się zjawi. – Niech cię piekło pochłonie, Malfoy. Ciebie i cały Slytherin. Chcę się z nim zobaczyć, nawet jeśli oznaczałoby to wyzwiska i tarzanie się po podłodze.
– Nie ma co tego odkładać. Zaczynajmy. – Hermiona uśmiecha się do mnie nerwowo i odchrząkuje. – Proszę o uwagę!
Wszystkie głowy jak jeden mąż odwracają się w naszą stronę. Te wszystkie spojrzenia wlepione we mnie trochę onieśmielają. Daj spokój, Potter. Sława to dla ciebie chleb powszedni. Dasz radę.
– Em... A więc witam was serdecznie i mam nadzieję, że... spędzicie tutaj parę naprawdę produktywnych wieczorów i że będziecie wspominać nasz spotkania z uśmiechem.
– Jesteś uroczy jak się rumienisz! – krzyczy ktoś.
– Na pewno, Harry!
– Jesteśmy tutaj, aby dobrze się bawić!
– Nauczaj, mistrzu.
Uśmiecham się szeroko w reakcji na hałas, który wzmaga się po moich słowach.
– To dzięki wielkie, naprawdę. Nazywam się Harry Potter, to tak jakby ktoś nie wiedział. Mam nadzieję, że taka pozytywne nastawienie zostanie z nami do końca. Dzisiejsze spotkanie jest bardziej organizacyjne, porozmawiamy o tym, jak to teraz będzie wyglądać i... myślę, że dobrze byłoby sprawdzić wasze umiejętności. Co pamiętacie z zeszłego roku, a czego powinniśmy się nauczyć jeszcze raz.  No to oddaję głos Hermionie – ona wam wszystko wytłumaczy.
Odsuwam się i wzdycham z ulgi. Chyba nie było tak źle. Ron pokazuje mi kciuka uniesionego do góry, a Hermiona poprawia teczki z papierami i zaczyna mówić:
– Witam starych jak i nowym bywalców. Dla rekrutów, jestem Hermiona Granger i pełnie rolę sekretarza tego klubu. Mam tutaj listę – przez chwilę grzebie w teczce, po czym wyciąga pergamin – na której się podpiszecie. Spokojnie, tym razem nie ma żadnego zaklęcia. Nasze koło jest całkowicie legalne i zatwierdzone przez dyrektora, więc nie potrzebujemy gwarancji, że ktoś wygada nauczycielom.
Hermiona odgarnia włosy z twarzy, uśmiecha się do Eryka i kontynuuje:
– Monety zostaną zamienione na bransoletki, mam je w torbie i jak tylko wpiszecie się na listę, to dostaniecie. Spotkania Gwardii są zaplanowane na piątki. Musicie się dostosować niestety, bo Harry nie ma czasu w inne dni tygodnia – dodaje, gdy jacyś Krukoni zaczynają protestować.
– Myślę, że to chyba wszystko... Wiecie, jak działa GD. Prosto i dla was. Zapraszam do stolika obok, będę przyjmować zgłoszenia. O, i wszyscy są zobowiązani się wpisać, nawet bywalcy z zeszłego roku. Chcemy mieć pełny wykaz.
– I ani słowa Snape'owi – dodaję, co wywołuje ogólny śmiech.
Stwarza się luźna atmosfera. Do Hermiony ustawia się kolejna trajkoczących ludzi. Ci, którzy się już zapisali, zbierają się w grupki i rozmawiają z przejęciem. Do mnie dosiada się Ginny z Luną, a potem Neville. Opieram się plecami o lustro wiszące na ścianie, a on siedzą wokół mnie, żartując i ciesząc się z reaktywacji GD.
– To kto potrafi rzucić zaklęcie Patronusa? – pytam.
– Pamiętam jak to zrobić – mówi Ginny – ale dawno nie ćwiczyłam...
– Nie ma okazji, by rzucać to zaklęcie. – Neville wygląda na spokojnego i pewnego tego, że chce to być. Robi mi się ciepło, gdy o tym pomyślę. Zwykłe spotkania tak zmieniły tego nieśmiałego chłopaka o złotym sercu.
– Ależ są – zaprzecza Luna. – W każdej chwili, gdy tylko poczujesz się smutny, a nie jest to sprawka gnębiwtrysków, patronus przywoła radość.
– Ona ma rację, Harry – zauważa Ginny. – Patronus może też odpędzić nasze własne koszmary.
– Nigdy się na tym nie zastanawiałem od tej strony, ale...
Nim się orientuję przede mną oprócz trójki przyjaciół siedzi i słucha całkiem spory tłum. Ludzie spoglądają na mnie poważnie, chłonąc każde słowo. Rumienię się wbrew woli.
– Rozumiem, że wszyscy już skończyli? – pytam. Większość zgodnie kiwa głowami. Zerkam na Hermionę, która już jest wolna i z przejęciem coś zapisuje. – Okej. – Wstaję z podłogi i otrzepuję spodnie dla zasady. – Myślę, że możemy zaczynać, nie? Siedźcie, siedźcie – mówię, gdy wszyscy zaczynają się podnosić. – Na razie musimy załatwić jeszcze jedną kwestię. Dotyczy ona dzisiejszego dnia w szczególności. Proszę was, abyście się dobrali w pary. Tylko jedna uwaga – wasz partner musi być z innego domu niż wy.
Przerywam, by skontrolować ich emocje. Wydają się podekscytowani i chętni do współpracy. Uśmiecham się do nich szeroko nagle pełen energii i entuzjazmu.
– Myślę, że rozegracie między sobą pojedynki i w ten sposób...
– To na pewno tu? – słyszę kobiecy głos dochodzący z korytarza.
– Tylko Potter mógł wybrać tak idiotyczne miejsce. Otwieraj, Puchoni cię nie zjedzą – popędza Pansy Malfoy.
Rozlega się szczęk zamka, gdy naciśnięta zostaje klamka i słyszę skrzyp drzwi, po czym w Pokoju Życzeń pojawia się dwójka Ślizgonów. Malfoy przyjmuje swoją obronną pozycję, to znaczy zakłada ręce i spogląda na wszystkich wokół z pogardą w oczach. Gdy napotyka mój wzrok, uśmiecha się krzywo, a ja mam ochotę skakać z radości.
Pansy poprawia włosy i rozgląda się po przypatrujących się jej twarzach.
– Czego tu szukacie? – Ron występuje do przodu i mierzy przybyłych Ślizgonów wzrokiem.
– Wiedzy – odpowiada nonszalancko Malfoy. – Słyszałeś kiedyś o tym?
Ron robi się czerwony na twarzy, a ja wzdycham i włączam się do rozmowy.
– Jeśli masz zamiar tylko nas obrażać, możesz wyjść. Zapewniam, że nikt nie będzie tęsknił. Jeśli chcesz słuchać to siadaj i zdobywaj wiedzę. Parkinson dobierz się z kimś w parę, Malfoy będzie ze mną.
O dziwo oboje się mnie słuchają bez większych wymówek, a zajęcia odbywają się bez większych przeszkód. Nie licząc oczywiście narzekań Malfoya i uwag sugerujących, że nie nadaję się na nauczyciela. Zamknął się, gdy rzuciłem w niego Silencio. Pod jego morderczym spojrzeniem zaraz je zdejmuję, ale cel osiągnięty.
Okazuje się, że wszyscy w miarę pamiętają podstawowe zaklęcia, niestety z ich wykonaniem i reakcją jest trochę gorzej. W dodatku nadużywają czaru Galaretowatych Nóg i innych, które w prawdziwej, poważnej walce na niewiele się zdadzą.
– Dzięki wielkie za dzisiaj! – mówię. – Widzimy się za tydzień! Mam nadzieję, że nasze grono tylko się powiększy i nikt nie odejdzie.
– Było super, Harry. – Dean klepie mnie po ramieniu.
– Do jutra – mówi Luna.
– Do jutra – odpowiadam automatycznie, a mój wzrok wędruje za Malfoyem, który tłumacz coś Pansy. Ta fuka oburzona i wychodzi, nie czekając na niego. Ślizgon wzrusza ramionami i podąża w stronę drzwi.
Sam opuszczam Pokój Życzeń późno. Zostałem, by przeglądać notatki i ustalenia Hermiony, która wyszła szybko z Erykiem. Ron przez chwilę ze mną siedział, ale teraz pewnie już chrapie w dormitorium.
Korytarze świecom pustkami, mijam tylko Grubego Mnicha, któremu się kłaniam.
– Co ty tu robisz, Malfoy? – pytam, gdy widzę go opartego o ścianę. Odwraca głowę w moją stronę i uśmiecha się.
– Czekam na ciebie.
– Po co?
– Dawno cię nie całowałem – mówi tylko i powoli do mnie podchodzi. Serce bije w szaleńczym tempie, gdy odpowiadam:
– Śmiało.
I całuje mnie wcale nie delikatnie. Z uczuciem i potrzebą bliskości. Gorąco uderza mi do głowy i przyciągam Malfoya bliżej, nie przejmując się tym, że jesteśmy na środku korytarza i w każdej chwili może przyjść nauczyciel mający dyżur.
Otwieram usta, zapraszając język do środka. Bada każdy zakątek ust dokładnie. Mam ochotę się rozpłynąć. Zamiast tego wsuwam rękę pod szatę Malfoya. Ciepło bijące od jego skóry działa tylko pobudzająco.
Odrywamy się od siebie, cisza wypełniona jest naszymi urywanymi i przyspieszonymi oddechami. Uśmiecham się ciepło i mówię:
– Do jutra, Malfoy.
– Było miło – odpowiada i odchodzi w stronę lochów.
Szablon wykonany przez Eveline Dee z Panda Graphics