sobota, 21 października 2017

♦ostatnia kropla♦

– Jak się tam dostaniemy? – Nie wiem, dlaczego mówię szeptem, ale czuję, że tak powinno być. A co jeśli ktoś usłyszy i tym kimś będzie szpieg Voldemorta? On nie może się dowiedzieć, co planujemy. Inaczej jesteśmy śmierdzącymi trupami w londyńskich kanałach. 
– To proste pytanie. Teleportujemy się. – Dumbeldore spogląda na mnie z błyskiem w oku.
– Tak po prostu?
– Tak po prostu – powtarza po mnie i wyciąga przed siebie rękę, którą niepewnie chwytam. Wir magii wciąga mnie do środka. Mrugam i zamiast gabinetu widzę wzburzone morze. Fale rozbijają się o skałę, na której stoimy, posyłając na nas tysiące zimnych kropel. Wzdrygam się z zimna i przejmującego chłodu. Na bordowym materiale koszulki pojawiają się ciemniejsze miejsca od wody; mokry materiał wywołuje nieprzyjemne uczucie, gdy styka się z ciepłą skórą brzucha.
– Jesteśmy w dobrym miejscu? – pytam pełny wątpliwości. Wokół nas jest tylko morze; pełne nienawiści próbuje zatopić każdą żywą istotę, z dziką satysfakcją fale uderzają o skałę.
– Jak najbardziej. – Dumbledore wrzuca zegarek kieszonkowy do wody, po czym transmutuje go w małą, drewnianą łódź. Gestem zaprasza mnie, więc, z niepokojem czającym się gdzieś w umyśle, wsiadam do chyboczącej się na falach łódki. Dyrektor zarzuca brodę za ramię i idzie moim przykładem. Stuka różdżką w burtę i zaczynamy przedzierać się przez mroczne odmęty zielonej wody.
– Jaskinia jest gdzieś w pobliżu? – pytam, gdy widzę majaczący w oddali klif. Dumbledore tyko potakuje.
Jaskinia naprawdę okazuje się być blisko. Z łodzi wysiadam zmarznięty, ale trzymam różdżkę w pogotowiu, nie dając się rozproszyć przez szwankujący organizm. Trampki ślizgają się na wilgotnej skale, co sprawia, że co chwilę muszę podtrzymywać równowagę ręką. Jest ciemno; jedyne światło to to wydobywające się z naszych różdżek. Cały czas idę na przód, ślepo podążając za dyrektorem – sam nie mam pojęcia, gdzie się znajduję, a co dopiero, gdzie mam iść. 
Nagle dyrektor się zatrzymuje.
–  Ślepy zaułek? – Oświetlam ścianę zagradzającą nam drogę.
– Skądże. Potrzebujemy jedynie zapłaty.
– Nie mam pieniędzy. – Rozpaczliwie przeszukuję swoje kieszenie, ale znajduję jedynie puste opakowanie po czekoladowej żabie. 
– Nie kłopocz się, Harry. Voldemort nie zażądałby czegoś tak materialnego jak pieniądze... Myślę, że krew będzie odpowiednia. 
Bez zastanowienia przecinam wnętrze dłoni różdżką i przyciskam krew do zimnego kamienia. 
– Tyle wystarczy? – Dumbledore przez chwilę mi się przypatruje, po czym kiwa głową. Odsuwam rękę i zasklepiam ranę zaklęciem (całe szczęście, że je znam), w tym czasie kamień zagradzający drogę znika jak fatamorgana. 
Znam pomieszczenie, do którego wchodzimy, w końcu o nim śniłem, ale coś jest nie tak. Widziałem to  w jeszcze innym miejscu. Łódź, jezioro... Tonks! Niemożliwe, ale kojarzę tę jaskinię z kuli-przewiduli Trewlony. Czyli to, co w niej widziałem też okaże się prawdą? Nie chcę, aby ta cudowna kobieta zginęła. Najlepiej zmienić przeznaczenie, zabić Voldemorta jak najszybciej. Z tego wynika, że będzie tutaj. W końcu widziałem w kuli bitwę. 
Gdy tylko słyszę trzask, rzucam potężną Drętwotę, nie patrząc na ofiarę. Dumbledore patrzy na mnie z podziwem, ale szybko przestaje i podchodzi do bezwładnego ciała. 
– Teodor Nott... Junior. – Szept rozbrzmiewa echem, a ja się wzdrygam. Co tego chłopak sobie myślał? Że jak będzie służyć Voldemortowi, to ten uwolni jego ojca i wszyscy będą jedną, wielką rodziną?
Nie mam czasu myśleć, gdy donośny trzask oznajmia przybycie Voldemorta. Rozgląda się, a jego wzrok spoczywa na Dumbledorze. Obok niego wije się wąż. 
Wystarcza jedna sekunda, by najsilniejsi czarodzieje Wielkiej Brytanii zaczęli rzucać w siebie zaklęciami, starając się nawzajem zabić. Nie zwracam na nich uwagi – moim celem jest Nagini, która syczy, gdy tylko mnie zauważa. Za późno się orientuje, kona w szatańskiej pożodze przy akompaniamencie wrzasku wściekłości swojego pana. Ogień wżera się chciwie w każde włókno ciała, w każdą komórkę gada, niczym kwas roztapia mięso i przemienia w suchy popiół.
Czerwone oczy (no szparki, cholera! są zbyt nieludzkie jak na oczy człowieka) wpatrują się we mnie przez dwie sekundy; sekundy ciężkie jak wahadło starego zegara stojącego w okrągłym gabinecie profesora Dumbledore'a. Dyrektor Hogwartu posyła w Toma zaklęcie za zaklęciem, korzystając z rozkojarzenia przeciwnika. Równocześnie zostaję nagrodzony spojrzeniem roziskrzonego błękitu upstrzonego gwiazdami z siedmiu galaktyk. Voldemort ponownie skupia się na pojedynku, a do jaskini przybywają śmierciożercy.
Czarna masa rozprasza się w oka mgnieniu. Rozglądam się z paniką, zdając sobie sprawę, że jestem sam. Sam jeden przeciwko rozwścieczonej hordzie dorosłych czarodziejów. Przełykam ślinę, a przez głowę przelatuje mi głupia myśl, że powinienem uciekać. Mój wzrok wędruje do walczącego Dumbledore'a, który z zaciętym wyrazem twarzy stawia czoło Voldemortowi.
Jestem Gryfonem – głupim, odważnym Gryfonem z kompleksem bohatera na karku. Niewiele myśląc rzucam się w czarną masę z determinacją, by zabić ich jak najwięcej.
Nie przebieram w środkach, naprawdę nie stać mnie na litość, a w każdym razie tak tłumię swoje wyrzuty sumienia, rzucając Avadę Kedavrę za Avadą Kedavrą.
Zajęty zabijaniem i atakowaniem, nie mam czasu na obronę; ramię niemiłosiernie swędzi, a udo krwawi, pulsując tępym bólem. Uchylam się przed zielonym promieniem, tymczasem ogień z czyjejś różdżki przypala mi policzek. Stękami cicho i dotykam czerwonej, przypalonej skóry która dosłownie boli jak cholera. Z mściwą satysfakcją zabijam zamaskowanego śmierciożercę, który przypalił mi skórę.
Przegrywam, z każdą sekundą coraz wolnej się poruszam, więc zaklęcia trafiają mnie częściej i są dotkliwsze. W pewnym momencie mogę już tylko unikać ostatkiem sił zielonych promieni mknących w moją stronę. Jestem otoczony ze wszystkich stron. Śmierciożercy zbliżają się niczym oprawcy wiedzący, że to już ostatnie chwile ich ofiary. Nie mam drogi ucieczki.
– Harry! – słyszę głos Tonks w akompaniamencie trzasków teleportacji. Ulga zalewa mnie wielką falą, gdy chude ramiona kobiety chwytają mnie pod pachy i odciągają od zgiełku walki. Opieram głowę o zimny i wilgotny kamień, próbując wyrównań oddech. Serce łomocze, mięśnie bolą z wysiłku, a rany pieką.
– Boże, człowieku – mruczy Tonks, łatając mnie. Krew zostaje umyta, większe rany zasklepione, a  w ustach czuje smak eliksiru uzupełniającego krew. Tonks podaje mi butelkę wody mineralnej i każde wypić. Łapczywie wypijam prawie całą, czując ulgę, gdy metalowy smak na języku zmienia się w słodki smak wody.
– W porządku? – Klepie mnie po zdrowym policzku, po czym odgarnia mi włosy i sprawdza, czy nie mam gorączki. Jej zimne palce są ulgą na ostry ból blizny.
– Myślę, że tak.
Walka toczy się w najlepsze. Zakon i aurorzy powoli przebijają się przez siły wroga. Tuż obok nas upada martwy auror z nijaką twarzą, której i tak nie zapamiętam; odwracam wzrok i skupiam się na Tonks, który szuka kogoś wzrokiem w tłumie walczących, najprawdopodobniej Remusa, który pojedynkuje się z kobietą o pulchnej szyi.
– Idź mu pomóc – charczę, widząc jak wyrywa się, by pomóc ukochanemu. – Poradzę sobie. – Zaciskam palce na śliskiej od krwi i potu różdżce, żałując, że nie mam munduru bliźniaków, a w szczególności rękawiczek.
– Na pewno? – upewnia się Tonks.
– Na pewno. Idź już. I nie daj się zabić.
– Ty też – mówi na odchodnym i znika, rzucając zaklęcia jedno za drugim.
Bitwy czarodziei są olśniewające, niczym pokaz mugolskich fajerwerków. Rozbłyski nad sufitem, oświetlają twarze walczących na zielono i czerwono. Istny karnawał.
Widzę Hermionę walczącą ramię w ramię z Erykiem. Dziewczyna odgarnia mokry od potu kosmyk włosów za ucho i zaciętą miną powala Yaxleya na ziemię, który rozbija głowę o kamień. Eryk zostaje trafiony w samą pierś. Zielony promień nie pozostawia cienia wątpliwości. Oszołomiona Hermiona patrzy na martwe ciało swojego chłopaka, nie zwracając uwagi na walkę. Chcę krzyknąć, żeby uważała, ale ją też trafia zaklęcie. Na szczęście jedynie Drętwota. Chcę podbiec i jej pomóc, ale nogi odmawiają posłuszeństwa. Znikąd pojawia się Ron i teleportuje z piekła.
Martwe ciało Eryka Tudora leży zapomniane, jeden śmierciożerca potyka się o nie, inny depcze je w szaleńczym biegu o życie.
Podnoszę się, równowagę zawdzięczam śliskiej ścianie jaskini.
Tonks walczy zaciekle, przegrywa i wpada w odmęty jeziora, z którego zaraz wyłaniają się blade ręce, by wciągnąć ją pod wodę. Wszystko dzieje się w zaledwie trzy sekundy. Stoję tylko oszołomiony niezdolny do ruchu i patrzę jak Remus szuka rozpaczliwym wzrokiem ukochanej.
Jej śmierć przypomina mi o zadaniu – muszę pokonać Voldemorta. W końcu oto nadchodzi ten, który pokona Czarnego Pana... Więc idę, mozolnie wlokę się w stronę walczącego Voldemorta, mając serdecznie dość śmierci.
W tym czasie rozpętuje się prawdziwe piekło. Z zielonych odmętów brudnej wody wyłaniają się inferiusy i atakują kogo popadnie. Czarodzieje bronią się ogniem, co sprawia, że niedługo duszę się od ostrego, kującego w gardło dymu. Wielu ginie od płomieni.
Czuję żar na twarzy, gdy czołgam się wręcz do celu. Blizna pali, gdy Tom Riddle odwraca się w moją stronę, krzywy uśmiech rozświetla złowieszczo bladą twarz. 
Widzę tylko rozżarzone, czerwone ślepia wlepione we mnie. Voldemort ciężko oddycha po zażartym pojedynku, rąbek jego szaty jest nadpalony. Bez zastanowienie śle we mnie Klątwę Uśmiercającą, której nie mam siły uniknąć. Gdy upadam na skały, Dumbledore zabija Czarnego Pana.
~♦~
Słońce przeciska swoją przebrzydłą gębę przez chmury, ale ja jedynie marzę o ulewie – gwałtownej burzy, która wyrywałby drzewa z korzeniami i niszczyła wszystko na swojej drodze. 
Samotność towarzyszy mi już dwa miesiące – Malfoyowie obrócili się od śmierciożerców, gdy tylko doszły ich słuchy, że Czarny Pan poległ, więc jestem teraz wolnym człowiekiem. Nie muszę zabijać ludzi, których nie chcę, jestem dziedzicem rodu Malfoyów i moim jedynym obowiązkiem jest ukończenie Hogwartu z jak najwyższym wynikiem.
Nie chcę tego całego gówna. Chcę Harry'ego. 
Wiosna zaczyna się na dobre, wszędzie pełno zieleni, obrzydliwych robali i kwiatów. Głowa od tego boli. Wpatruję się w radosną stokrotkę. Jak ona śmie?!
– Zdychaj, głupia. – Zrywam ją ze złością i rzucam w stronę jeziora. Jest zbyt lekka i jedynie spokojnie opada niedaleko mnie, co tylko podsyca złość. – Płoń – mówię z mściwością, wskazując różdżką na biały kwiatek. Łodyga momentalnie zajmuje się ogniem. – I kto teraz będzie się śmiał, będzie szczęśliwy?! Co?! – Mój głos mnie zdradza, drżąc pod koniec zdania i brzmiąc wyżej niż zwykł.
– Mówienie do kwiatów nie jest pożądaną zdolnością nawet w czarodziejskim świecie.
– Spadaj, Granger.
Jak na złość siada przy mnie i podciąga nogi pod brodę, wpatrując się w horyzont. Promienie słońca błyszczą na tafli jeziora. Dlaczego jest tak ładnie, radośnie, jakby... jakby Harry wcale nie umarł?
– Nie umiesz słuchać ze zrozumieniem? – warczę.
Przez chwilę siedzimy w ciszy. Zrywam kolejną stokrotkę i ją również palę.
– Wiesz – zaczyna Granger – nie jestem głupia. Wiem. Wiedziałam od dawna.
– Że niby co? – Rozcieram między palcami popiół.
– O tobie i Harrym.
Wbijam w nią puste spojrzenie. Nie mam ochoty zaprzeczać, wracać do tego.
– I dlatego wiem jak cierpisz.
– Nie wiesz nic. Nic. – Cedzę każde słowo, czując wzrastającą irytację.
– Harry sprawiał wrażenie otwartej osoby, ale tak naprawdę te największe sekrety trzymał tylko dla siebie, ja mogłam się jedynie domyślać. – Milknie na chwilę i zrywa źdźbło trawy. – Nigdy nie powiedział mi, co naprawdę działo się w jego domu, nie powiedział ani słowa o tobie, nie powiedział jak można go ocalić.
– Jest martwy. Nie można go ocalić.
– Słyszałeś o Insygniach Śmierci? – mówi, podnosząc się. – Albo  o ludzkich horkruksach?
Nie odpowiadam, a Granger odchodzi, pozostawiając mnie z mętlikiem w głowie. O co jej chodziło? Insygnia Śmierci to bajka na dobranoc, horkrus to niebezpieczny czarnomagiczny artefakt przechowujący cząstkę ludzkiej duszy... Wzdycham ciężko i opieram głowę o stary pień drzewa. Dlaczego nie mogłem urodzić się jako ktoś inny?
Nienawidzę czarodziejskiego świata – zniszczył moje nadzieje na szczęśliwe życie. Dał szansę, a potem ją brutalnie odebrał. Zaciskam dłoń w pięść i krzywię się, gdy paznokcie wbijają się we wrażliwą skórę. Chcę stąd uciec. Może to mugolskie miasteczko będzie dobre? 
Będzie przypominało ci o Harrym, mówi ten nieznośny głos w głowie, którego czasami mam ochotę udusić. I dobrze, że będzie przypominało o Harrym. Tak ma być. Bo miłość to krwawy szlak, którym stąpamy nieświadomie, coraz bardziej się w nim pogrążając. Im dalej, tym cierpienie jest większe, ale i pokusa słodkości. Podążasz za lepką słodkością, by na końcu zorientować się, że straciłeś wszystko.

♦♦♦
Nie za bardzo wiem, jakimi słowami powinnam się z Wami pożegnać. Kończę tę historię z haczykiem, że może kiedyś wrócę i to dokończę, tak na wszelki wypadek, bo trudno mi to wszystko zostawiać tak po prostu.
Smutno mi, że tak wielu czytelników porzuciło KSU, ale i miło, że paru zostało do końca. 
To opowiadanie miało wyglądać zgoła inaczej, skróciłam je, zmieniałam zakończenie trzy razy i nadal czuję, że jeszcze czegoś nie dopisałam. Na pewno ubolewam nad kulejącym początkiem, Harry troszkę zbytnio się nad sobą użala (kiedyś to zmienię). Z drugiej strony jestem dumna, że KSU wyszło tak pięknie sielankowo z czającym się oddechem śmierci.
Ponad rok zajęło mi skończenie tej opowieści, chociaż zaliczyłam też dłuuugą przerwę. Ale wróciłam i skończyłam. Mogę żyć w spokoju. No właśnie nie, bo ciągnie mnie do głupiego sequela, który głupio majaczy mi przed oczami. Dopracuję go i powiadomię Was, jeśli dojdzie do skutku. 
A teraz – dziękuję, że byliście ze mną! nasza podróż właśnie się skończyła, nie ma więcej szlaku. To była przyjemność móc podzielić się tą historią.
Wasza Mee
Szablon wykonany przez Eveline Dee z Panda Graphics